Motto

Wyjaśnienia powinny być tak proste jak jest to możliwe, ale nie prostsze.
Albert Einstein

poniedziałek, 7 maja 2012

O co chodzi z Tymoszenko?

Pozostaje mi tylko żałować, że tak rzadko ostatnio pisuję. Sprawy rodzinne, niestety, nie pozwalały mi. Daruję już sobie opisywanie sucharów dawno przez innych opisanych. Wezmę na warsztat coś świeżego. W związku z nadchodzącymi wielkimi krokami mistrzostwami Europy w piłce kopanej, które nasz kraj urządza wspólnie z Ukrainą, pojawiły się głosy wśród europejskich polityków na wysokich stołkach, mówiące, że będą oni te zawody bojkotować. Pominę łaskawie naigrawanie się z tego, że zawody piłkarskie to wielkie wyzwanie, niemal przerastające możliwości dwóch państw liczących po kilkadziesiąt milionów mieszkańców oraz, że tak wielką wagę przywiązuje się do obecności polityków na meczach. Nie chce mi się o tym pisać. Skupię się raczej na przyczynach zapowiadanego bojkotu.

Otóż, jak pewnie większość zdążyła już sobie przeczytać w mediach, przyczyną jest sytuacja pani Julii Tymoszenko, byłej premier Ukrainy, skazanej przez ukraiński sąd za szwindle przy podpisywaniu umów gazowych z Rosją. Jak tam dokładnie było z tymi szwindlami, to ja nie wiem. To znaczy, jestem niemal pewien, że były, ale czy panią premier skazano akurat za faktyczne, czy za wymyślone przez prokuraturę ukraińską, nie podejmuję się rozstrzygać. I znowu, można by się naigrawać, że umowy gazowe podpisują państwa, a nie, jak w normalnym kraju, prywaciarze handlujący gazem, ale zostawmy to.

Zdarzeniem, które bezpośrednio spowodowało deklaracje bojkotu, była publikacja zdjęć ilustrujących sińce na ciele pani Tymoszenko, mające być rzekomym dowodem pobicia jej przez służby więzienne. Prokuratura ukraińska odmówiła zajęcia się sprawą, tłumacząc, że pani Tymoszenko nie została pobita, tylko czymś się sama naciskała. Skąd to wie, jeśli pani Tymoszenko nie pozwala się nikomu zbadać, tego nie wiadomo.

Zastanawiająca jest natomiast skala bojkotu, jak i wyjątkowa solidarność polityków europejskich w jej obronie. Szczególnie, że pani Tymoszenko, była podejrzewana o związki z CIA. Można by przypuszczać, że się przewerbowała, jednak i tak ilość środowisk występujących w jej obronie jest imponująca. Istotne jest także to, czego politycy zachodnioeuropejscy, zapowiadający bojkot euro, chcą od władz Ukrainy. W zasadzie, to do końca nie wiadomo, czego mogą chcieć. Przecież pan prezydent Janukowycz nie zmieni ani decyzji prokuratury ani wyroku sądu, bo nie ma formalnie takich kompetencji.

Pan prezydent Komorowski ujawnił jednak, że próbował przekonać prezydenta Janukowycza, żeby zmienił na Ukrainie prawo, tak by politycy ukraińscy nie odpowiadali karnie za przestępstwa popełnione w związku ze sprawowaniem władzy. Zapewne chodziło mu o wprowadzenie rozwiązania takiego jak w Polsce, dającego teoretycznie możliwość postawienia polityka przed Trybunał Stanu. Oczywiście, tak jak w Polsce, możliwość taka byłaby w praktyce czystą fikcją o czym niech świadczy "imponująca" lista spraw, którymi zajmował się Trybunał Stanu.

I tu jest pies pogrzebany. Chodzi zapewne o to, by standardy polityczne na Ukrainie nie odbiegały specjalnie od zachodnich przed uruchomieniem procesu integracji europejskiej Ukrainy. Czyli by wprowadzić de facto możliwość bezkarnego okradania państwa przez polityków. No bo kto to słyszał, żeby polityka wsadzano do więzienia bo sobie nakradł. Możliwość taka jest szczególnie istotna w sytuacji, gdy państwo zajmuje się takimi dziedzinami życia jak ochrona zdrowia, emerytury czy ostatnio bardzo modny temat globalnego ocieplenia, uchodzącymi za szczególnie dochodowe dla klasy politycznej.

Czy zatem w tej sytuacji można się dziwić solidarności europejskich polityków, w tej, jakże istotnej sprawie. Czy populistyczne pomysły, by polityków stawiać przed normalnymi sądami, mogącymi ich wysłać do więzienia, nie należy aby tłumić w zarodku, by ich nierozsądnie nie podchwyciły tzw. "elektoraty" w krajach zachodnich? I wszystko staje się, tak jakby, jaśniejsze.

środa, 28 grudnia 2011

Bankructwo Rzeczpospolitej Polskiej

Bardzo mnie martwi zadowolenie niektórych publicystów, których uważam za poważnych nad pomysłem podwyższenia wieku emerytalnego. Pan Gwiazdowski uważa np. to za oczywistą oczywistość. Argumenty typu "bo nie wystarczy pieniędzy", są nie do przyjęcia. Argumentem przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego, i to takim, który bije wszystkie inne jest - "bo taka była umowa".
W momencie, gdy człowiek rozpoczyna pracę, zaczyna płacić składkę emerytalną i zawiera umowę z państwem, w której jest powiedziane, że przez tyle i tyle lat będę tą składkę płacił a jak dożyję to mam prawo w zamian za to otrzymać comiesięczną emeryturę. Jak nie dożyję - przepadło. Pomijam skandaliczny fakt, iż do zawarcia tej umowy jesteśmy zmuszani, bo to temat na osobny wpis. Skupmy się na istocie tej umowy. Jest to klasyczna umowa ubezpieczeniowa. Jeśli dojdzie do wystąpienia zdarzenia (tutaj - osiągnięcia wieku emerytalnego, ale to tylko szczegół), to państwo, za pośrednictwem ZUS-u płaci ustaloną kwotę (rozłożoną na miesięczne świadczenia, ale to też szczegół). Podobnie, jak zawierając umowę np. AC z prywatną ubezpieczalnią umawiamy się, że jeśli dojdzie do wystąpienia zdarzenia (np. kradzież samochodu) to ubezpieczalnia wypłaci umówioną kwotę (tutaj: odszkodowanie). W zasadzie, jest to nic innego, tylko hazard, jednak umówiono się, że nazywamy to inaczej. Wyobraźmy sobie zatem, że zawieramy umowę AC z ubezpieczalnią na rok, płacimy składkę, a po pół roku ubezpieczalnia nas informuje, że jednostronnie zmienia warunki umowy, i w razie wystąpienia zdarzenia zapłaci tylko połowę umówionej kwoty, przy czym żadnej części składki nie zamierza oddać. I co? Awantura. Jak to? Bezprawie. A czym innym jest podniesienie wieku emerytalnego jeśli nie takim samym bezprawiem. Wiek emerytalny można podnieść ludziom, którzy jeszcze pracy nie zaczęli i nie zaczęli opłacać składek. Dla tych co pracują, żaden sąd nie powinien pozwolić na podniesienie wieku.
Wróćmy teraz do argumentu zwolenników podniesienia wieku, czyli - bo nie ma kasy. Oczywiście sytuacja, że nie ma kasy, może wystąpić również w prywatnej ubezpieczalni, jednak ma ona swoją nazwę. Jeżeli nie wystarcza pieniędzy na regulację zobowiązań, to mamy do czynienia z bankructwem. I ubezpieczalnia, która wpadła w taką sytuację powinna ogłosić bankructwo, jej majątek powinno się zlicytować, to co z licytacji zostanie rozdzielić między wierzycieli a winnych bankructwa wsadzić do więzienia. Praktyką stosowaną przy bankructwie może być także restrukturyzacja długów. Nie dajmy się zwieść, to tylko taka mądra nazwa, dla sytuacji, gdy wierzyciele umawiają się, że odpuszczą dłużnikowi część długów, żeby tylko odzyskać cokolwiek. Ewentualnie dadzą możliwość ich spłaty na bardziej dogodnych warunkach. Nie zmienia to jednak faktu, że bankrut jest bankrutem.
Czymże zatem jest podniesienie wieku emerytalnego? Ano restrukturyzacją długów, co towarzyszy procesowi bankructwa. Po prostu państwo mówi, dostaniecie mniej swojej emerytury, ale cieszcie się, że dostaniecie cokolwiek (niektórzy nie dostaną bo nie dożyją). Być może na taką sytuację należy się w pewnych warunkach zgodzić, lecz sytuacja musi być nazwana po imieniu - bankructwo. Wydaje się jednak, że póki co sytuacja majątkowa państwa polskiego nie zmusza nas do ogłaszania bankructwa. Jasne, dobrze nie jest, co to to nie, ale to jeszcze nie Grecja czy Argentyna. Polska ma jeszcze całkiem spory majątek państwowy (pomimo iż większość już wyprzedano) oraz możliwości cięcia wydatków, tam gdzie można to robić bez naruszania umów. Należy przeprowadzić najpierw cięcia wielu nieefektywnie wykorzystywanych wydatków socjalnych, typu becikowe, zasiłki, czy zapomogi dla ludzi, którym się nie chce pracować, czy też ograniczyć przerośniętą administrację państwową. Nie ma żadnego powodu, by 40-milionowe państwo miało pół miliona urzędników.
Jeśli jednak już doszłoby do sytuacji, w której podniesienie wieku emerytalnego byłoby absolutnie konieczne dla uratowania państwa, to nie ma żadnego powodu, by emeryci byli jedyną grupą wierzycieli, których dotknie proces restrukturyzacji długu. Oczywiście państwo wybiera grupę najsłabszą, która nie wyjdzie na ulicę z kilofami czy pochodniami, nie rozbije namiotowego miasteczka i nie zrobi burd. Emeryci nie mają swojej armii i nie zagrożą wojna, jak mogłyby to zrobić niektóre państwa, którym Polska wisi kasę. Nie mają również potężnego lobby, jak rynki finansowe. Dlatego ich oskubać najłatwiej, jednak nie ma to nic wspólnego z praworządnością.

niedziela, 5 czerwca 2011

Nadministrowie i nadpremier

Słownik tubylczej sceny politycznej wzbogacił się ostatnio o nowe słowo - nadminister. Poseł Eugeniusz Kłopotek odkrył ostatnio przed tzw. "opinią publiczną", że ministrowie PSL posiadali swoich nadministrów, którzy, z braku zaufania premiera, do osób obsadzających oficjalnie stanowiska ministerialne, nadzorowali ich pracę. Nie ma chyba powodów, by słów tych nie traktować poważnie. Myślę, że pan poseł wie co mówi, bo być może nie należy do ścisłego grona decyzyjnego polskiej polityki, ale w końcu jest całkiem blisko koryta i co nieco udaje mu się podsłuchać.
Myślę, nawet, że warto byłoby tą teorię nadministrów rozszerzyć. Bo skoro ministrowie posiadali nadministrów, to czyż nie powinniśmy zadać pytania, czy czasem nasz pan premier nie posiada swojego nadpremiera? Możliwe i nawet prawdopodobne. Jednak jeśli tak jest, to ów nadpremier nie chce nam się oficjalnie ujawnić. Czyżby był nim minister, tzw. bez teki, p. Michał Boni, który łączy tą funkcję z funkcją nadministra gospodarki? Tego nie wiemy, ale dla potwierdzenia hipotezy nadpremiera można znaleźć kilka przesłanek. Jedną z nich jest fakt podpisania przez Donalda Tuska apelu o nie likwidowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego o czym pisała Gazeta Wyborcza. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że decyzja o likwidacji tych wydawnictw została podjęta przez Ministra Skarbu, Aleksandra Grada. Przyznają państwo, że podpisywanie apelów przeciwko decyzji podwładnego to pomysł dosyć osobliwy. Czyżby zatem, Donald Tusk zapomniał, że Aleksander Grad jest jego ministrem? Nie można tego wykluczyć, w końcu w swojej kancelarii nie spędza zbyt dużo czasu. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że minister Grad po prostu de facto podlega komuś innemu, czyli nadpremierowi a Donald Tusk może mu co najwyżej pogrozić palcem przed kamerami. Świadczyłaby również o tym niemoc Donadla Tuska w wyrzuceniu ministra Grada na zbity pysk z roboty, gdy nie potrafił sprzedać stoczni, choć szumnie to wtedy zapowiadał. Ciekaw jestem, czy zobaczymy jeszcze w tej kampanii premiera z transparentem na czele demonstracji przeciwko 23% VAT.
Dobrze byłoby, moim zdaniem, jednak wiedzieć, kto jest decyzyjny, w tej zgrai zwanej z jakiegoś powodu polską sceną polityczną.

poniedziałek, 2 maja 2011

Bin Laden a sprawiedliwość

Nie zamierzam zajmować się peanami na cześć Amerykanów za zabicie Osamy Bin Ladena. Jest ich wystarczająco wiele w Internecie i nie muszę poświęcać tego bloga na przyłączanie się do chóru niewiele znaczącej paplaniny. Jako zwolennik polityki realnej (realpolitik) w kwestiach zagranicznych uważam, że śmierć Bin Ladena jest dla naszego kraju wydarzeniem bez większego znaczenia. Al Kaida nigdy specjalnie nie interesowała się naszym krajem. Były podobno jakieś próby zrobienia i u nas bajzlu, ale jak sądzę, terroryści machnęli w końcu na nie ręką, jako że na świecie postrzegani jesteśmy jako eurozadupie (co czasem, jak widać, wychodzi nam na dobre).
Ciekawi mnie jednak sposób w jaki do tego wydarzenia odniósł się Donald Tusk:


"Zatriumfowała sprawiedliwość. Dobro nigdy nie może być bezbronne, a zło nigdy nie może być bezkarne"



Wypowiedź premiera jest dużo obszerniejsza, jednak ten fragment jest wystarczający. Jeżeli pan premier uważa, że sprawiedliwości stało się zadość poprzez zabicie Osamy Bin Ladena, to czemu, do cholery, nie urzeczywistni idei sprawiedliwości w warunkach polskiego prawa i nie wprowadzi kary śmierci? Mało tego. Pewnie wielu ludzi jeszcze pamięta wycofanie sprzeciwu Polski wobec Europejskiego Dnia Przeciwko Karze Śmierci, które to zostało dokonane właśnie przez Donalda Tuska. No panie premierze. Albo rybki albo akwarium. Nie mamy wprawdzie w Polsce Bin Ladenów, ale paru zwyrodnialców, którzy z zimną krwią mordują innych, się znajdzie. Dlaczego w ich przypadku sprawiedliwość nie może zatriumfować? I ja opowiadam się, za robieniem tego w sposób cywilizowany, czyli przeprowadzeniem procesu, w którym niezawisły sąd decyduje, czy istnieją przesłanki do skazania na śmierć, i jeśli wyrok śmierci zapadnie, to zorganizowanie normalnej egzekucji a nie napadanie z karabinami na dom złoczyńcy i wymierzanie sprawiedliwości na dziko.
Apeluję o przywrócenie w Polsce kary śmierci za morderstwa. Za nic innego, tylko za morderstwa. Oczywiście kategorię morderstwa należałoby przywrócić do kodeksu karnego, bo obecnie jej nie ma. Morderca w odróżnieniu od zabójcy, to ktoś, kto dokonuje swojego czynu z pełną świadomością, w sposób zaplanowany i z zimną krwią, nie w afekcie. I tacy ludzie zasługują na stryczek, o czym mówi Pismo Święte.

niedziela, 17 kwietnia 2011

"Co jeszcze mamy oddać Żydom?"

Trafiłem niedawno na artykuł w portalu Gazeta.pl o okładce numeru 15 "Angory". Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest to terroryzm prawny, czemu dałem wyraz w liście wysłanym niezwłocznie do redakcji "Angory". O ewentualnej publikacji napiszę na blogu.


Szanowna redakcjo!

Niedawno przeczytałem, że rozmaite organizacje żydowskie próbują stłumić resztki wolności słowa w Polsce i środkami prawno-administracyjnymi usiłują ukarać redakcję "Angory" za publikację materiałów rzekomo obrażających Żydów.
Niestety, w dzisiejszym świecie, naśmiewanie się z Żydów wymaga dużo więcej odwagi niż naśmiewanie się z większości innych nacji. Cieszę się, że redakcja mojego ulubionego tygodnika tą odwagę miała.
Chciałbym wyrazić wyrazy swojego poparcia dla tygodnika i gorąco sprzeciwić się przejawom terroryzmu prawnego, do jakich posuwają się niektóre organizacje żydowskie.
Jak informuje portal Gazeta.pl, Stowarzyszenie Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita" ma zamiar przesłać do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa nawoływania do nienawiści na tle rasowym i narodowościowym przez wydawcę tygodnika "Angora". Jako, że czytam "Angorę" w miarę regularnie, oglądałem zarówno wspomnianą okładkę, jak i czytałem artykuł do niej się odnoszący. Naprawdę, nie mogę ani w jednym ani w drugim dopatrzyć się nawoływań do żadnej nienawiści. Okładka jest, jak to przeważnie w "Angorze" udaną satyrą, zaś artykuł bardzo rzetelnie opisuje różne aspekty sprawy restytucji mienia żydowskiego. Ciekawi mnie też aspekt rasowy. Zawsze uważałem Żydów za naród i z nieukrywanym niepokojem zauważam, że są ludzie, którzy usiłują mu przypisać atrybuty rasy. Ostatnio, kiedy pewien człowiek z wąsikiem próbował przypisać atrybuty rasy swojemu narodowi, to dla Żydów skończyło się to tragicznie. Mam szczerą nadzieję, że historia czegoś nas nauczyła. Ponadto, wspomniane wyżej stowarzyszenie skieruje do sądu pozew cywilny przeciwko wydawcy tygodnika za naruszenie dóbr osobistych Stowarzyszenia i jego członków. Zastanawiam się na jakiej podstawie dobra wspomnianego wyżej stowarzyszenia miałyby być naruszone przez rysunek przedstawiający
dwóch po żydowsku ubranych, anonimowych mężczyzn. Czyżby przypisywali sobie monopol na reprezentowanie interesów wszystkich żydów na świecie? Pan Stefan Cieśla, członek zarządu stowarzyszenia, oburzył
się bardzo treściami z okładki - "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" oraz "Żądania sięgają już 60 miliardów dolarów". Nie wiem co oburzającego jest w tych zdaniach, gdyż po pierwsze, o ile wiem, kwota 60 miliardów
dolarów została wymieniona nawet przez byłego ambasadora Izraela w Polsce, pana Szewacha Weissa. Kwota ta padała wielokrotnie w dyskusjach o restytucji i wygląda na to, że została wzięta z sufitu, zatem ironiczne pytanie "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" samo ciśnie się na usta.
O ile jednak argumenty stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita" przedstawione w portalu, brzmią dla mnie jak bełkot, o tyle należy zwrócić uwagę na wypowiedź pana Abrahama Foxmana, dyrektora amerykańskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom:
'O ile restytucja mienia jest bez wątpienia kwestią całkowicie zrozumiale wywołującą zainteresowanie mediów, o tyle okładka "Angory" wskrzesza ohydne stereotypy antysemickie sugerując, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się w procesie restytucyjnym należy, włączając w to powszechnie znane polskie symbole' Otóż to. Ale to nie okładka "Angory" sugeruje, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się należy. Sugeruje to postawa wielu organizacji żydowskich. Bo jeśli oddanie majątku żyjącym właścicielom lub ich spadkobiercom, jest dla mnie sprawą bezdyskusyjną, i uważam, że powinno być zrobione już dawno, to żądanie, by oddać majątki ofiar holokaustu, które nie pozostawiły po sobie spadkobierców, jest bardzo sugestywne. Rzecz jasna pojawia się pytanie, a komu? Ano organizacjom żydowskim. Ale jakim? Ano właśnie. A ja bym przede wszystkim zapytał, jakim prawem? Przypuszczam, że w każdym cywilizowanym państwie majątek zmarłego człowieka, który nie zostawił spadkobierców, zostaje przekazany państwu. Nie widzę powodu by przekazywać go organizacjom żydowskim. Majątek ofiar holokaustu, został ponadto zrabowany, nie przez Polskę, której w tym czasie nie było na mapie, tylko, przez III Rzeszę, której spadkobiercą prawnym jest Republika Federalna Niemiec.
Dojść można zatem do wniosku, że żądania organizacji żydowskich, jeżeli w ogóle zasadne, są źle zaadresowane. Oczywiście tajemnicą poliszynela jest, że Niemcy zapłaciły Izraelowi ogromne pieniądze "za
holokaust" (też nie wiadomo jakim prawem Izraelowi), więc wielu ludzi po prostu nie może oprzeć się wrażeniu, że cała operacja restytucji mienia nie jest żadną restytucją, tylko planowym szlamowaniem państwa polskiego. Wyjątkową bezczelnością wydają się przy tym być żądania by restytucja obejmowała nie tylko przypadki udowodnionych faktów posiadania własności, ale także uprawdopodobnionych, jak również by polskie władze akceptowały dokumenty pisane po angielsku, jakby był on językiem urzędowym RP. Ostatnia aktywność pana Jana Tomasza Grossa opisującego, jak to Polacy obłowili się wykopując resztki tego, czego Niemcy nie zdążyli wywieźć do siebie, też sprawia wrażenie, jakby nie była przypadkowa. Jeśli organizacje żydowskie, każdą próbę polemiki w sprawie restytucji mienia będą sprowadzały do zarzutów o antysemityzm, to dyskusja w tej sprawie będzie pozbawiona sensu. Zadziwia mnie, jak długo jeszcze ludzie na zachodzie będą się dać nabierać na argumentacje popierane antysemityzmem. Wielu ludzi jeszcze pamięta publikacje szwedzkich dziennikarzy o handlu organami Palestyńczyków i zamieszanych w to żołnierzach izraelskich. Pomimo dokumentacji fotograficznej, MSZ Izraela, o ile pamiętam, miało na to jeden kontrargument - antysemityzm.

Z poważaniem

czwartek, 31 marca 2011

Żydowski bojkot

Hiciorem wczorajszego dnia był artykuł pana Menachema Rosensafta, którego konkluzją był apel o zaprzestanie pompowania żydowskich pieniędzy w polską gospodarkę, szczególnie turystykę. Artykuł pana Rosensafta, który miał formę odpowiedzi ministrowi Sikorskiemu na jego reakcje na stanowisko kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki, miejscami posiadał nawet kilka rzeczowych argumentów. W większości jednak stanowił kompilację rozmaitych technik retorycznych i powtórzeń kłamstw i kłamstewek stosowanych od lat wielu przez instytucje przedsiębiorstwa Holokaust. Polskie media, jak to zwykle bywa, potraktowały go bardzo wybiórczo i gdyby nie nagłośniły sprawy bojkotu Polski, to pewnie nawet w całym tym tekście bym tego nie zauważył. Skoro jednak nagłośniono, to oczywiście spowodował on odpowiednie reakcje.
Pierwszą, łatwą do przewidzenia, lecz pewnie nie do końca pożądaną przez autora, reakcją czytelników, było skojarzenie sprawy bojkotu polskiej turystyki z zaprzestaniem przyjazdów izraelskich Żydów do Polski. Wywołało to na rozmaitych forach internetowych prawdziwy entuzjazm. Ludzie jakoś nie płakali po żydowskich dolarach, jeśli w perspektywie miałyby przestać przyjeżdżać tutaj żydowskie wycieczki. Cóż, każdy ma prawo do swojej opinii, jednak nie ulega wątpliwości, że te wycieczki nie mają u nas dobrego PijaRu. Z uzbrojoną po zęby eskortą, jakby przyjeżdżali do skrajnie antysemickiego kraju, tratujące wszystko po drodze, panoszące się po chamsku w restauracjach i starówkach, przywożące własnych przewodników do Auschwitz, którzy przedstawiają jakąś podejrzaną wersję historii - tak są u nas postrzegani. Któż zatem miałby się dziwić, że ludzie ucieszą się, że Żydzi mieliby przestać do nas przyjeżdżać.
Druga rzecz, to po chwili namysłu, ludzie zaczęli się zastanawiać, co to będzie bez tych izraelskich dolarów. Ile Żydzi do tej pory zainwestowali w Polsce? Czy jeśli przestaną, to czeka nas jakaś apokalipsa? Wątpliwe. Jeśli wierzyć Ministerstwu Gospodarki, to wartość bezpośrednich izraelskich inwestycji w Polsce to zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę cały kapitał żydowski to będzie ok. 2-5 miliardów złotych, więc mało nie, ale szału też nie ma. Jeśli w dodatku zauważymy, że większość tych inwestycji dotyczy sektora finansowego, niewiele to np. nowe technologie, to żadnego krachu gospodarczego bać się nie musimy.
I to zapewne jest główna przyczyna dzisiejszego oświadczenia pana Michała Schneidera - sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów - którego sens jest z grubsza taki, że artykuł pana Rosensafta jest tylko elementem jego prywatnych wynurzeń i nie ma nic wspólnego z oficjalnym stanowiskiem Kongresu. Ciekawa interpretacja. Ciekawe zatem kto wcześniej podjął decyzję o umieszczeniu tego artykułu na stronie internetowej Kongresu. Nie da się ukryć, że w ten sposób, chcąc nie chcąc, Kongres go w jakiś sposób firmuje.
I na koniec moje wyjaśnienie odnośnie problemu odszkodowań. Jeśli państwo, w sposób bandycki komuś kiedyś coś zabrało, to nie ma wyjścia, po nadejściu uczciwej władzy musi oddać. Fakt, że jeszcze nie oddało, świadczy ewidentnie o tym, że uczciwa władza nie nadeszła. Ale kiedyś nadejdzie i odda wszystko co trzeba i nie tylko Żydom. Oby tylko wcześniej jakaś nieuczciwa władza nie wypłaciła tego co się nie należy. A tak w ogóle, to najlepszym miejscem na odzyskiwanie własności jest sąd.