Bardzo mnie martwi zadowolenie niektórych publicystów, których uważam za poważnych nad pomysłem podwyższenia wieku emerytalnego. Pan Gwiazdowski uważa np. to za oczywistą oczywistość. Argumenty typu "bo nie wystarczy pieniędzy", są nie do przyjęcia. Argumentem przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego, i to takim, który bije wszystkie inne jest - "bo taka była umowa".
W momencie, gdy człowiek rozpoczyna pracę, zaczyna płacić składkę emerytalną i zawiera umowę z państwem, w której jest powiedziane, że przez tyle i tyle lat będę tą składkę płacił a jak dożyję to mam prawo w zamian za to otrzymać comiesięczną emeryturę. Jak nie dożyję - przepadło. Pomijam skandaliczny fakt, iż do zawarcia tej umowy jesteśmy zmuszani, bo to temat na osobny wpis. Skupmy się na istocie tej umowy. Jest to klasyczna umowa ubezpieczeniowa. Jeśli dojdzie do wystąpienia zdarzenia (tutaj - osiągnięcia wieku emerytalnego, ale to tylko szczegół), to państwo, za pośrednictwem ZUS-u płaci ustaloną kwotę (rozłożoną na miesięczne świadczenia, ale to też szczegół). Podobnie, jak zawierając umowę np. AC z prywatną ubezpieczalnią umawiamy się, że jeśli dojdzie do wystąpienia zdarzenia (np. kradzież samochodu) to ubezpieczalnia wypłaci umówioną kwotę (tutaj: odszkodowanie). W zasadzie, jest to nic innego, tylko hazard, jednak umówiono się, że nazywamy to inaczej. Wyobraźmy sobie zatem, że zawieramy umowę AC z ubezpieczalnią na rok, płacimy składkę, a po pół roku ubezpieczalnia nas informuje, że jednostronnie zmienia warunki umowy, i w razie wystąpienia zdarzenia zapłaci tylko połowę umówionej kwoty, przy czym żadnej części składki nie zamierza oddać. I co? Awantura. Jak to? Bezprawie. A czym innym jest podniesienie wieku emerytalnego jeśli nie takim samym bezprawiem. Wiek emerytalny można podnieść ludziom, którzy jeszcze pracy nie zaczęli i nie zaczęli opłacać składek. Dla tych co pracują, żaden sąd nie powinien pozwolić na podniesienie wieku.
Wróćmy teraz do argumentu zwolenników podniesienia wieku, czyli - bo nie ma kasy. Oczywiście sytuacja, że nie ma kasy, może wystąpić również w prywatnej ubezpieczalni, jednak ma ona swoją nazwę. Jeżeli nie wystarcza pieniędzy na regulację zobowiązań, to mamy do czynienia z bankructwem. I ubezpieczalnia, która wpadła w taką sytuację powinna ogłosić bankructwo, jej majątek powinno się zlicytować, to co z licytacji zostanie rozdzielić między wierzycieli a winnych bankructwa wsadzić do więzienia. Praktyką stosowaną przy bankructwie może być także restrukturyzacja długów. Nie dajmy się zwieść, to tylko taka mądra nazwa, dla sytuacji, gdy wierzyciele umawiają się, że odpuszczą dłużnikowi część długów, żeby tylko odzyskać cokolwiek. Ewentualnie dadzą możliwość ich spłaty na bardziej dogodnych warunkach. Nie zmienia to jednak faktu, że bankrut jest bankrutem.
Czymże zatem jest podniesienie wieku emerytalnego? Ano restrukturyzacją długów, co towarzyszy procesowi bankructwa. Po prostu państwo mówi, dostaniecie mniej swojej emerytury, ale cieszcie się, że dostaniecie cokolwiek (niektórzy nie dostaną bo nie dożyją). Być może na taką sytuację należy się w pewnych warunkach zgodzić, lecz sytuacja musi być nazwana po imieniu - bankructwo. Wydaje się jednak, że póki co sytuacja majątkowa państwa polskiego nie zmusza nas do ogłaszania bankructwa. Jasne, dobrze nie jest, co to to nie, ale to jeszcze nie Grecja czy Argentyna. Polska ma jeszcze całkiem spory majątek państwowy (pomimo iż większość już wyprzedano) oraz możliwości cięcia wydatków, tam gdzie można to robić bez naruszania umów. Należy przeprowadzić najpierw cięcia wielu nieefektywnie wykorzystywanych wydatków socjalnych, typu becikowe, zasiłki, czy zapomogi dla ludzi, którym się nie chce pracować, czy też ograniczyć przerośniętą administrację państwową. Nie ma żadnego powodu, by 40-milionowe państwo miało pół miliona urzędników.
Jeśli jednak już doszłoby do sytuacji, w której podniesienie wieku emerytalnego byłoby absolutnie konieczne dla uratowania państwa, to nie ma żadnego powodu, by emeryci byli jedyną grupą wierzycieli, których dotknie proces restrukturyzacji długu. Oczywiście państwo wybiera grupę najsłabszą, która nie wyjdzie na ulicę z kilofami czy pochodniami, nie rozbije namiotowego miasteczka i nie zrobi burd. Emeryci nie mają swojej armii i nie zagrożą wojna, jak mogłyby to zrobić niektóre państwa, którym Polska wisi kasę. Nie mają również potężnego lobby, jak rynki finansowe. Dlatego ich oskubać najłatwiej, jednak nie ma to nic wspólnego z praworządnością.
środa, 28 grudnia 2011
środa, 20 lipca 2011
niedziela, 5 czerwca 2011
Nadministrowie i nadpremier
Słownik tubylczej sceny politycznej wzbogacił się ostatnio o nowe słowo - nadminister. Poseł Eugeniusz Kłopotek odkrył ostatnio przed tzw. "opinią publiczną", że ministrowie PSL posiadali swoich nadministrów, którzy, z braku zaufania premiera, do osób obsadzających oficjalnie stanowiska ministerialne, nadzorowali ich pracę. Nie ma chyba powodów, by słów tych nie traktować poważnie. Myślę, że pan poseł wie co mówi, bo być może nie należy do ścisłego grona decyzyjnego polskiej polityki, ale w końcu jest całkiem blisko koryta i co nieco udaje mu się podsłuchać.
Myślę, nawet, że warto byłoby tą teorię nadministrów rozszerzyć. Bo skoro ministrowie posiadali nadministrów, to czyż nie powinniśmy zadać pytania, czy czasem nasz pan premier nie posiada swojego nadpremiera? Możliwe i nawet prawdopodobne. Jednak jeśli tak jest, to ów nadpremier nie chce nam się oficjalnie ujawnić. Czyżby był nim minister, tzw. bez teki, p. Michał Boni, który łączy tą funkcję z funkcją nadministra gospodarki? Tego nie wiemy, ale dla potwierdzenia hipotezy nadpremiera można znaleźć kilka przesłanek. Jedną z nich jest fakt podpisania przez Donalda Tuska apelu o nie likwidowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego o czym pisała Gazeta Wyborcza. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że decyzja o likwidacji tych wydawnictw została podjęta przez Ministra Skarbu, Aleksandra Grada. Przyznają państwo, że podpisywanie apelów przeciwko decyzji podwładnego to pomysł dosyć osobliwy. Czyżby zatem, Donald Tusk zapomniał, że Aleksander Grad jest jego ministrem? Nie można tego wykluczyć, w końcu w swojej kancelarii nie spędza zbyt dużo czasu. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że minister Grad po prostu de facto podlega komuś innemu, czyli nadpremierowi a Donald Tusk może mu co najwyżej pogrozić palcem przed kamerami. Świadczyłaby również o tym niemoc Donadla Tuska w wyrzuceniu ministra Grada na zbity pysk z roboty, gdy nie potrafił sprzedać stoczni, choć szumnie to wtedy zapowiadał. Ciekaw jestem, czy zobaczymy jeszcze w tej kampanii premiera z transparentem na czele demonstracji przeciwko 23% VAT.
Dobrze byłoby, moim zdaniem, jednak wiedzieć, kto jest decyzyjny, w tej zgrai zwanej z jakiegoś powodu polską sceną polityczną.
Myślę, nawet, że warto byłoby tą teorię nadministrów rozszerzyć. Bo skoro ministrowie posiadali nadministrów, to czyż nie powinniśmy zadać pytania, czy czasem nasz pan premier nie posiada swojego nadpremiera? Możliwe i nawet prawdopodobne. Jednak jeśli tak jest, to ów nadpremier nie chce nam się oficjalnie ujawnić. Czyżby był nim minister, tzw. bez teki, p. Michał Boni, który łączy tą funkcję z funkcją nadministra gospodarki? Tego nie wiemy, ale dla potwierdzenia hipotezy nadpremiera można znaleźć kilka przesłanek. Jedną z nich jest fakt podpisania przez Donalda Tuska apelu o nie likwidowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego o czym pisała Gazeta Wyborcza. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że decyzja o likwidacji tych wydawnictw została podjęta przez Ministra Skarbu, Aleksandra Grada. Przyznają państwo, że podpisywanie apelów przeciwko decyzji podwładnego to pomysł dosyć osobliwy. Czyżby zatem, Donald Tusk zapomniał, że Aleksander Grad jest jego ministrem? Nie można tego wykluczyć, w końcu w swojej kancelarii nie spędza zbyt dużo czasu. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że minister Grad po prostu de facto podlega komuś innemu, czyli nadpremierowi a Donald Tusk może mu co najwyżej pogrozić palcem przed kamerami. Świadczyłaby również o tym niemoc Donadla Tuska w wyrzuceniu ministra Grada na zbity pysk z roboty, gdy nie potrafił sprzedać stoczni, choć szumnie to wtedy zapowiadał. Ciekaw jestem, czy zobaczymy jeszcze w tej kampanii premiera z transparentem na czele demonstracji przeciwko 23% VAT.
Dobrze byłoby, moim zdaniem, jednak wiedzieć, kto jest decyzyjny, w tej zgrai zwanej z jakiegoś powodu polską sceną polityczną.
poniedziałek, 2 maja 2011
Bin Laden a sprawiedliwość
Nie zamierzam zajmować się peanami na cześć Amerykanów za zabicie Osamy Bin Ladena. Jest ich wystarczająco wiele w Internecie i nie muszę poświęcać tego bloga na przyłączanie się do chóru niewiele znaczącej paplaniny. Jako zwolennik polityki realnej (realpolitik) w kwestiach zagranicznych uważam, że śmierć Bin Ladena jest dla naszego kraju wydarzeniem bez większego znaczenia. Al Kaida nigdy specjalnie nie interesowała się naszym krajem. Były podobno jakieś próby zrobienia i u nas bajzlu, ale jak sądzę, terroryści machnęli w końcu na nie ręką, jako że na świecie postrzegani jesteśmy jako eurozadupie (co czasem, jak widać, wychodzi nam na dobre).
Ciekawi mnie jednak sposób w jaki do tego wydarzenia odniósł się Donald Tusk:
"Zatriumfowała sprawiedliwość. Dobro nigdy nie może być bezbronne, a zło nigdy nie może być bezkarne"
Wypowiedź premiera jest dużo obszerniejsza, jednak ten fragment jest wystarczający. Jeżeli pan premier uważa, że sprawiedliwości stało się zadość poprzez zabicie Osamy Bin Ladena, to czemu, do cholery, nie urzeczywistni idei sprawiedliwości w warunkach polskiego prawa i nie wprowadzi kary śmierci? Mało tego. Pewnie wielu ludzi jeszcze pamięta wycofanie sprzeciwu Polski wobec Europejskiego Dnia Przeciwko Karze Śmierci, które to zostało dokonane właśnie przez Donalda Tuska. No panie premierze. Albo rybki albo akwarium. Nie mamy wprawdzie w Polsce Bin Ladenów, ale paru zwyrodnialców, którzy z zimną krwią mordują innych, się znajdzie. Dlaczego w ich przypadku sprawiedliwość nie może zatriumfować? I ja opowiadam się, za robieniem tego w sposób cywilizowany, czyli przeprowadzeniem procesu, w którym niezawisły sąd decyduje, czy istnieją przesłanki do skazania na śmierć, i jeśli wyrok śmierci zapadnie, to zorganizowanie normalnej egzekucji a nie napadanie z karabinami na dom złoczyńcy i wymierzanie sprawiedliwości na dziko.
Apeluję o przywrócenie w Polsce kary śmierci za morderstwa. Za nic innego, tylko za morderstwa. Oczywiście kategorię morderstwa należałoby przywrócić do kodeksu karnego, bo obecnie jej nie ma. Morderca w odróżnieniu od zabójcy, to ktoś, kto dokonuje swojego czynu z pełną świadomością, w sposób zaplanowany i z zimną krwią, nie w afekcie. I tacy ludzie zasługują na stryczek, o czym mówi Pismo Święte.
Ciekawi mnie jednak sposób w jaki do tego wydarzenia odniósł się Donald Tusk:
"Zatriumfowała sprawiedliwość. Dobro nigdy nie może być bezbronne, a zło nigdy nie może być bezkarne"
Wypowiedź premiera jest dużo obszerniejsza, jednak ten fragment jest wystarczający. Jeżeli pan premier uważa, że sprawiedliwości stało się zadość poprzez zabicie Osamy Bin Ladena, to czemu, do cholery, nie urzeczywistni idei sprawiedliwości w warunkach polskiego prawa i nie wprowadzi kary śmierci? Mało tego. Pewnie wielu ludzi jeszcze pamięta wycofanie sprzeciwu Polski wobec Europejskiego Dnia Przeciwko Karze Śmierci, które to zostało dokonane właśnie przez Donalda Tuska. No panie premierze. Albo rybki albo akwarium. Nie mamy wprawdzie w Polsce Bin Ladenów, ale paru zwyrodnialców, którzy z zimną krwią mordują innych, się znajdzie. Dlaczego w ich przypadku sprawiedliwość nie może zatriumfować? I ja opowiadam się, za robieniem tego w sposób cywilizowany, czyli przeprowadzeniem procesu, w którym niezawisły sąd decyduje, czy istnieją przesłanki do skazania na śmierć, i jeśli wyrok śmierci zapadnie, to zorganizowanie normalnej egzekucji a nie napadanie z karabinami na dom złoczyńcy i wymierzanie sprawiedliwości na dziko.
Apeluję o przywrócenie w Polsce kary śmierci za morderstwa. Za nic innego, tylko za morderstwa. Oczywiście kategorię morderstwa należałoby przywrócić do kodeksu karnego, bo obecnie jej nie ma. Morderca w odróżnieniu od zabójcy, to ktoś, kto dokonuje swojego czynu z pełną świadomością, w sposób zaplanowany i z zimną krwią, nie w afekcie. I tacy ludzie zasługują na stryczek, o czym mówi Pismo Święte.
niedziela, 17 kwietnia 2011
"Co jeszcze mamy oddać Żydom?"
Trafiłem niedawno na artykuł w portalu Gazeta.pl o okładce numeru 15 "Angory". Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest to terroryzm prawny, czemu dałem wyraz w liście wysłanym niezwłocznie do redakcji "Angory". O ewentualnej publikacji napiszę na blogu.
Szanowna redakcjo!
Niedawno przeczytałem, że rozmaite organizacje żydowskie próbują stłumić resztki wolności słowa w Polsce i środkami prawno-administracyjnymi usiłują ukarać redakcję "Angory" za publikację materiałów rzekomo obrażających Żydów.
Niestety, w dzisiejszym świecie, naśmiewanie się z Żydów wymaga dużo więcej odwagi niż naśmiewanie się z większości innych nacji. Cieszę się, że redakcja mojego ulubionego tygodnika tą odwagę miała.
Chciałbym wyrazić wyrazy swojego poparcia dla tygodnika i gorąco sprzeciwić się przejawom terroryzmu prawnego, do jakich posuwają się niektóre organizacje żydowskie.
Jak informuje portal Gazeta.pl, Stowarzyszenie Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita" ma zamiar przesłać do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa nawoływania do nienawiści na tle rasowym i narodowościowym przez wydawcę tygodnika "Angora". Jako, że czytam "Angorę" w miarę regularnie, oglądałem zarówno wspomnianą okładkę, jak i czytałem artykuł do niej się odnoszący. Naprawdę, nie mogę ani w jednym ani w drugim dopatrzyć się nawoływań do żadnej nienawiści. Okładka jest, jak to przeważnie w "Angorze" udaną satyrą, zaś artykuł bardzo rzetelnie opisuje różne aspekty sprawy restytucji mienia żydowskiego. Ciekawi mnie też aspekt rasowy. Zawsze uważałem Żydów za naród i z nieukrywanym niepokojem zauważam, że są ludzie, którzy usiłują mu przypisać atrybuty rasy. Ostatnio, kiedy pewien człowiek z wąsikiem próbował przypisać atrybuty rasy swojemu narodowi, to dla Żydów skończyło się to tragicznie. Mam szczerą nadzieję, że historia czegoś nas nauczyła. Ponadto, wspomniane wyżej stowarzyszenie skieruje do sądu pozew cywilny przeciwko wydawcy tygodnika za naruszenie dóbr osobistych Stowarzyszenia i jego członków. Zastanawiam się na jakiej podstawie dobra wspomnianego wyżej stowarzyszenia miałyby być naruszone przez rysunek przedstawiający
dwóch po żydowsku ubranych, anonimowych mężczyzn. Czyżby przypisywali sobie monopol na reprezentowanie interesów wszystkich żydów na świecie? Pan Stefan Cieśla, członek zarządu stowarzyszenia, oburzył
się bardzo treściami z okładki - "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" oraz "Żądania sięgają już 60 miliardów dolarów". Nie wiem co oburzającego jest w tych zdaniach, gdyż po pierwsze, o ile wiem, kwota 60 miliardów
dolarów została wymieniona nawet przez byłego ambasadora Izraela w Polsce, pana Szewacha Weissa. Kwota ta padała wielokrotnie w dyskusjach o restytucji i wygląda na to, że została wzięta z sufitu, zatem ironiczne pytanie "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" samo ciśnie się na usta.
O ile jednak argumenty stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita" przedstawione w portalu, brzmią dla mnie jak bełkot, o tyle należy zwrócić uwagę na wypowiedź pana Abrahama Foxmana, dyrektora amerykańskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom:
'O ile restytucja mienia jest bez wątpienia kwestią całkowicie zrozumiale wywołującą zainteresowanie mediów, o tyle okładka "Angory" wskrzesza ohydne stereotypy antysemickie sugerując, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się w procesie restytucyjnym należy, włączając w to powszechnie znane polskie symbole' Otóż to. Ale to nie okładka "Angory" sugeruje, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się należy. Sugeruje to postawa wielu organizacji żydowskich. Bo jeśli oddanie majątku żyjącym właścicielom lub ich spadkobiercom, jest dla mnie sprawą bezdyskusyjną, i uważam, że powinno być zrobione już dawno, to żądanie, by oddać majątki ofiar holokaustu, które nie pozostawiły po sobie spadkobierców, jest bardzo sugestywne. Rzecz jasna pojawia się pytanie, a komu? Ano organizacjom żydowskim. Ale jakim? Ano właśnie. A ja bym przede wszystkim zapytał, jakim prawem? Przypuszczam, że w każdym cywilizowanym państwie majątek zmarłego człowieka, który nie zostawił spadkobierców, zostaje przekazany państwu. Nie widzę powodu by przekazywać go organizacjom żydowskim. Majątek ofiar holokaustu, został ponadto zrabowany, nie przez Polskę, której w tym czasie nie było na mapie, tylko, przez III Rzeszę, której spadkobiercą prawnym jest Republika Federalna Niemiec.
Dojść można zatem do wniosku, że żądania organizacji żydowskich, jeżeli w ogóle zasadne, są źle zaadresowane. Oczywiście tajemnicą poliszynela jest, że Niemcy zapłaciły Izraelowi ogromne pieniądze "za
holokaust" (też nie wiadomo jakim prawem Izraelowi), więc wielu ludzi po prostu nie może oprzeć się wrażeniu, że cała operacja restytucji mienia nie jest żadną restytucją, tylko planowym szlamowaniem państwa polskiego. Wyjątkową bezczelnością wydają się przy tym być żądania by restytucja obejmowała nie tylko przypadki udowodnionych faktów posiadania własności, ale także uprawdopodobnionych, jak również by polskie władze akceptowały dokumenty pisane po angielsku, jakby był on językiem urzędowym RP. Ostatnia aktywność pana Jana Tomasza Grossa opisującego, jak to Polacy obłowili się wykopując resztki tego, czego Niemcy nie zdążyli wywieźć do siebie, też sprawia wrażenie, jakby nie była przypadkowa. Jeśli organizacje żydowskie, każdą próbę polemiki w sprawie restytucji mienia będą sprowadzały do zarzutów o antysemityzm, to dyskusja w tej sprawie będzie pozbawiona sensu. Zadziwia mnie, jak długo jeszcze ludzie na zachodzie będą się dać nabierać na argumentacje popierane antysemityzmem. Wielu ludzi jeszcze pamięta publikacje szwedzkich dziennikarzy o handlu organami Palestyńczyków i zamieszanych w to żołnierzach izraelskich. Pomimo dokumentacji fotograficznej, MSZ Izraela, o ile pamiętam, miało na to jeden kontrargument - antysemityzm.
Z poważaniem
Szanowna redakcjo!
Niedawno przeczytałem, że rozmaite organizacje żydowskie próbują stłumić resztki wolności słowa w Polsce i środkami prawno-administracyjnymi usiłują ukarać redakcję "Angory" za publikację materiałów rzekomo obrażających Żydów.
Niestety, w dzisiejszym świecie, naśmiewanie się z Żydów wymaga dużo więcej odwagi niż naśmiewanie się z większości innych nacji. Cieszę się, że redakcja mojego ulubionego tygodnika tą odwagę miała.
Chciałbym wyrazić wyrazy swojego poparcia dla tygodnika i gorąco sprzeciwić się przejawom terroryzmu prawnego, do jakich posuwają się niektóre organizacje żydowskie.
Jak informuje portal Gazeta.pl, Stowarzyszenie Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita" ma zamiar przesłać do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa nawoływania do nienawiści na tle rasowym i narodowościowym przez wydawcę tygodnika "Angora". Jako, że czytam "Angorę" w miarę regularnie, oglądałem zarówno wspomnianą okładkę, jak i czytałem artykuł do niej się odnoszący. Naprawdę, nie mogę ani w jednym ani w drugim dopatrzyć się nawoływań do żadnej nienawiści. Okładka jest, jak to przeważnie w "Angorze" udaną satyrą, zaś artykuł bardzo rzetelnie opisuje różne aspekty sprawy restytucji mienia żydowskiego. Ciekawi mnie też aspekt rasowy. Zawsze uważałem Żydów za naród i z nieukrywanym niepokojem zauważam, że są ludzie, którzy usiłują mu przypisać atrybuty rasy. Ostatnio, kiedy pewien człowiek z wąsikiem próbował przypisać atrybuty rasy swojemu narodowi, to dla Żydów skończyło się to tragicznie. Mam szczerą nadzieję, że historia czegoś nas nauczyła. Ponadto, wspomniane wyżej stowarzyszenie skieruje do sądu pozew cywilny przeciwko wydawcy tygodnika za naruszenie dóbr osobistych Stowarzyszenia i jego członków. Zastanawiam się na jakiej podstawie dobra wspomnianego wyżej stowarzyszenia miałyby być naruszone przez rysunek przedstawiający
dwóch po żydowsku ubranych, anonimowych mężczyzn. Czyżby przypisywali sobie monopol na reprezentowanie interesów wszystkich żydów na świecie? Pan Stefan Cieśla, członek zarządu stowarzyszenia, oburzył
się bardzo treściami z okładki - "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" oraz "Żądania sięgają już 60 miliardów dolarów". Nie wiem co oburzającego jest w tych zdaniach, gdyż po pierwsze, o ile wiem, kwota 60 miliardów
dolarów została wymieniona nawet przez byłego ambasadora Izraela w Polsce, pana Szewacha Weissa. Kwota ta padała wielokrotnie w dyskusjach o restytucji i wygląda na to, że została wzięta z sufitu, zatem ironiczne pytanie "Co jeszcze mamy oddać Żydom?" samo ciśnie się na usta.
O ile jednak argumenty stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita" przedstawione w portalu, brzmią dla mnie jak bełkot, o tyle należy zwrócić uwagę na wypowiedź pana Abrahama Foxmana, dyrektora amerykańskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom:
'O ile restytucja mienia jest bez wątpienia kwestią całkowicie zrozumiale wywołującą zainteresowanie mediów, o tyle okładka "Angory" wskrzesza ohydne stereotypy antysemickie sugerując, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się w procesie restytucyjnym należy, włączając w to powszechnie znane polskie symbole' Otóż to. Ale to nie okładka "Angory" sugeruje, że Żydzi spiskują, aby uzyskać więcej niż im się należy. Sugeruje to postawa wielu organizacji żydowskich. Bo jeśli oddanie majątku żyjącym właścicielom lub ich spadkobiercom, jest dla mnie sprawą bezdyskusyjną, i uważam, że powinno być zrobione już dawno, to żądanie, by oddać majątki ofiar holokaustu, które nie pozostawiły po sobie spadkobierców, jest bardzo sugestywne. Rzecz jasna pojawia się pytanie, a komu? Ano organizacjom żydowskim. Ale jakim? Ano właśnie. A ja bym przede wszystkim zapytał, jakim prawem? Przypuszczam, że w każdym cywilizowanym państwie majątek zmarłego człowieka, który nie zostawił spadkobierców, zostaje przekazany państwu. Nie widzę powodu by przekazywać go organizacjom żydowskim. Majątek ofiar holokaustu, został ponadto zrabowany, nie przez Polskę, której w tym czasie nie było na mapie, tylko, przez III Rzeszę, której spadkobiercą prawnym jest Republika Federalna Niemiec.
Dojść można zatem do wniosku, że żądania organizacji żydowskich, jeżeli w ogóle zasadne, są źle zaadresowane. Oczywiście tajemnicą poliszynela jest, że Niemcy zapłaciły Izraelowi ogromne pieniądze "za
holokaust" (też nie wiadomo jakim prawem Izraelowi), więc wielu ludzi po prostu nie może oprzeć się wrażeniu, że cała operacja restytucji mienia nie jest żadną restytucją, tylko planowym szlamowaniem państwa polskiego. Wyjątkową bezczelnością wydają się przy tym być żądania by restytucja obejmowała nie tylko przypadki udowodnionych faktów posiadania własności, ale także uprawdopodobnionych, jak również by polskie władze akceptowały dokumenty pisane po angielsku, jakby był on językiem urzędowym RP. Ostatnia aktywność pana Jana Tomasza Grossa opisującego, jak to Polacy obłowili się wykopując resztki tego, czego Niemcy nie zdążyli wywieźć do siebie, też sprawia wrażenie, jakby nie była przypadkowa. Jeśli organizacje żydowskie, każdą próbę polemiki w sprawie restytucji mienia będą sprowadzały do zarzutów o antysemityzm, to dyskusja w tej sprawie będzie pozbawiona sensu. Zadziwia mnie, jak długo jeszcze ludzie na zachodzie będą się dać nabierać na argumentacje popierane antysemityzmem. Wielu ludzi jeszcze pamięta publikacje szwedzkich dziennikarzy o handlu organami Palestyńczyków i zamieszanych w to żołnierzach izraelskich. Pomimo dokumentacji fotograficznej, MSZ Izraela, o ile pamiętam, miało na to jeden kontrargument - antysemityzm.
Z poważaniem
czwartek, 31 marca 2011
Żydowski bojkot
Hiciorem wczorajszego dnia był artykuł pana Menachema Rosensafta, którego konkluzją był apel o zaprzestanie pompowania żydowskich pieniędzy w polską gospodarkę, szczególnie turystykę. Artykuł pana Rosensafta, który miał formę odpowiedzi ministrowi Sikorskiemu na jego reakcje na stanowisko kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki, miejscami posiadał nawet kilka rzeczowych argumentów. W większości jednak stanowił kompilację rozmaitych technik retorycznych i powtórzeń kłamstw i kłamstewek stosowanych od lat wielu przez instytucje przedsiębiorstwa Holokaust. Polskie media, jak to zwykle bywa, potraktowały go bardzo wybiórczo i gdyby nie nagłośniły sprawy bojkotu Polski, to pewnie nawet w całym tym tekście bym tego nie zauważył. Skoro jednak nagłośniono, to oczywiście spowodował on odpowiednie reakcje.
Pierwszą, łatwą do przewidzenia, lecz pewnie nie do końca pożądaną przez autora, reakcją czytelników, było skojarzenie sprawy bojkotu polskiej turystyki z zaprzestaniem przyjazdów izraelskich Żydów do Polski. Wywołało to na rozmaitych forach internetowych prawdziwy entuzjazm. Ludzie jakoś nie płakali po żydowskich dolarach, jeśli w perspektywie miałyby przestać przyjeżdżać tutaj żydowskie wycieczki. Cóż, każdy ma prawo do swojej opinii, jednak nie ulega wątpliwości, że te wycieczki nie mają u nas dobrego PijaRu. Z uzbrojoną po zęby eskortą, jakby przyjeżdżali do skrajnie antysemickiego kraju, tratujące wszystko po drodze, panoszące się po chamsku w restauracjach i starówkach, przywożące własnych przewodników do Auschwitz, którzy przedstawiają jakąś podejrzaną wersję historii - tak są u nas postrzegani. Któż zatem miałby się dziwić, że ludzie ucieszą się, że Żydzi mieliby przestać do nas przyjeżdżać.
Druga rzecz, to po chwili namysłu, ludzie zaczęli się zastanawiać, co to będzie bez tych izraelskich dolarów. Ile Żydzi do tej pory zainwestowali w Polsce? Czy jeśli przestaną, to czeka nas jakaś apokalipsa? Wątpliwe. Jeśli wierzyć Ministerstwu Gospodarki, to wartość bezpośrednich izraelskich inwestycji w Polsce to zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę cały kapitał żydowski to będzie ok. 2-5 miliardów złotych, więc mało nie, ale szału też nie ma. Jeśli w dodatku zauważymy, że większość tych inwestycji dotyczy sektora finansowego, niewiele to np. nowe technologie, to żadnego krachu gospodarczego bać się nie musimy.
I to zapewne jest główna przyczyna dzisiejszego oświadczenia pana Michała Schneidera - sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów - którego sens jest z grubsza taki, że artykuł pana Rosensafta jest tylko elementem jego prywatnych wynurzeń i nie ma nic wspólnego z oficjalnym stanowiskiem Kongresu. Ciekawa interpretacja. Ciekawe zatem kto wcześniej podjął decyzję o umieszczeniu tego artykułu na stronie internetowej Kongresu. Nie da się ukryć, że w ten sposób, chcąc nie chcąc, Kongres go w jakiś sposób firmuje.
I na koniec moje wyjaśnienie odnośnie problemu odszkodowań. Jeśli państwo, w sposób bandycki komuś kiedyś coś zabrało, to nie ma wyjścia, po nadejściu uczciwej władzy musi oddać. Fakt, że jeszcze nie oddało, świadczy ewidentnie o tym, że uczciwa władza nie nadeszła. Ale kiedyś nadejdzie i odda wszystko co trzeba i nie tylko Żydom. Oby tylko wcześniej jakaś nieuczciwa władza nie wypłaciła tego co się nie należy. A tak w ogóle, to najlepszym miejscem na odzyskiwanie własności jest sąd.
Pierwszą, łatwą do przewidzenia, lecz pewnie nie do końca pożądaną przez autora, reakcją czytelników, było skojarzenie sprawy bojkotu polskiej turystyki z zaprzestaniem przyjazdów izraelskich Żydów do Polski. Wywołało to na rozmaitych forach internetowych prawdziwy entuzjazm. Ludzie jakoś nie płakali po żydowskich dolarach, jeśli w perspektywie miałyby przestać przyjeżdżać tutaj żydowskie wycieczki. Cóż, każdy ma prawo do swojej opinii, jednak nie ulega wątpliwości, że te wycieczki nie mają u nas dobrego PijaRu. Z uzbrojoną po zęby eskortą, jakby przyjeżdżali do skrajnie antysemickiego kraju, tratujące wszystko po drodze, panoszące się po chamsku w restauracjach i starówkach, przywożące własnych przewodników do Auschwitz, którzy przedstawiają jakąś podejrzaną wersję historii - tak są u nas postrzegani. Któż zatem miałby się dziwić, że ludzie ucieszą się, że Żydzi mieliby przestać do nas przyjeżdżać.
Druga rzecz, to po chwili namysłu, ludzie zaczęli się zastanawiać, co to będzie bez tych izraelskich dolarów. Ile Żydzi do tej pory zainwestowali w Polsce? Czy jeśli przestaną, to czeka nas jakaś apokalipsa? Wątpliwe. Jeśli wierzyć Ministerstwu Gospodarki, to wartość bezpośrednich izraelskich inwestycji w Polsce to zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę cały kapitał żydowski to będzie ok. 2-5 miliardów złotych, więc mało nie, ale szału też nie ma. Jeśli w dodatku zauważymy, że większość tych inwestycji dotyczy sektora finansowego, niewiele to np. nowe technologie, to żadnego krachu gospodarczego bać się nie musimy.
I to zapewne jest główna przyczyna dzisiejszego oświadczenia pana Michała Schneidera - sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów - którego sens jest z grubsza taki, że artykuł pana Rosensafta jest tylko elementem jego prywatnych wynurzeń i nie ma nic wspólnego z oficjalnym stanowiskiem Kongresu. Ciekawa interpretacja. Ciekawe zatem kto wcześniej podjął decyzję o umieszczeniu tego artykułu na stronie internetowej Kongresu. Nie da się ukryć, że w ten sposób, chcąc nie chcąc, Kongres go w jakiś sposób firmuje.
I na koniec moje wyjaśnienie odnośnie problemu odszkodowań. Jeśli państwo, w sposób bandycki komuś kiedyś coś zabrało, to nie ma wyjścia, po nadejściu uczciwej władzy musi oddać. Fakt, że jeszcze nie oddało, świadczy ewidentnie o tym, że uczciwa władza nie nadeszła. Ale kiedyś nadejdzie i odda wszystko co trzeba i nie tylko Żydom. Oby tylko wcześniej jakaś nieuczciwa władza nie wypłaciła tego co się nie należy. A tak w ogóle, to najlepszym miejscem na odzyskiwanie własności jest sąd.
piątek, 18 lutego 2011
NFŻ - Narodowy Fundusz Żywieniowy
Na Onecie pojawił się artykuł o pacjentce, która pozwała NFZ o odmowę leczenia. Sprawa oczywiście przykra, ale przy takich okazjach należy przypominać jak mantrę: pomimo, że winę można za to przypisać poszczególnym urzędnikom, to takie sytuacje zdarzać się muszą, bo główną przyczyną nie jest tutaj złe działanie służby zdrowia. Przyczyną jest istnienie służby zdrowia z NFZ na czele.
Zastanówmy się nad analogią. Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić istnienie NFŻ - Narodowego Funduszu Żywieniowego? Wtedy za jedzenie w sklepach nie płacilibyśmy pieniędzmi, tylko otrzymywalibyśmy przydział z NFŻ.
Oczywiście pierwszym skutkiem tego systemu byłby głód. Co miesiąc odciągana byłaby nam składka w wysokości ok. 3 razy większej niż średnio wydajemy na jedzenie. Państwowe piekarnie liczyłby sobie za kontrakt na dostarczenie chleba po 15 zł za bochenek a i tak tonęłyby w długach. Zatrudniałyby przy tym 4 razy więcej osób niż faktycznie potrzeba. Co sprytniejsi załatwialiby sobie po znajomości przydział na szynki i świeże warzywa a większość obywateli przymierałaby głodem, co jakiś czas dostając tylko nadpsute mielonki i nadgniłe ziemniaki. O takich "luksusach" jak mleko, cytrusy czy schab można byłoby tylko pomarzyć. Do sklepów powróciłyby ogromne kolejki, w których należałoby się ustawić na dzień przed otworzeniem sklepu, żeby cokolwiek dostać. Oficjalnie nie można byłoby kupić żywności, bo byłaby na recepty wydawane przez NFŻ. Wyjątkiem, mogłyby być co najwyżej sucharki i woda. Żeby dostać coś więcej trzeba by do ekspedientki przyjść z kopertą.
Czy ktoś sobie wyobraża wprowadzenie takiego systemu?
W takim razie po co utrzymujemy ten kretyński system służby zdrowia z NFZ na czele? Niech mi ktoś poda choć jeden rozsądny powód?
Zastanówmy się nad analogią. Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić istnienie NFŻ - Narodowego Funduszu Żywieniowego? Wtedy za jedzenie w sklepach nie płacilibyśmy pieniędzmi, tylko otrzymywalibyśmy przydział z NFŻ.
Oczywiście pierwszym skutkiem tego systemu byłby głód. Co miesiąc odciągana byłaby nam składka w wysokości ok. 3 razy większej niż średnio wydajemy na jedzenie. Państwowe piekarnie liczyłby sobie za kontrakt na dostarczenie chleba po 15 zł za bochenek a i tak tonęłyby w długach. Zatrudniałyby przy tym 4 razy więcej osób niż faktycznie potrzeba. Co sprytniejsi załatwialiby sobie po znajomości przydział na szynki i świeże warzywa a większość obywateli przymierałaby głodem, co jakiś czas dostając tylko nadpsute mielonki i nadgniłe ziemniaki. O takich "luksusach" jak mleko, cytrusy czy schab można byłoby tylko pomarzyć. Do sklepów powróciłyby ogromne kolejki, w których należałoby się ustawić na dzień przed otworzeniem sklepu, żeby cokolwiek dostać. Oficjalnie nie można byłoby kupić żywności, bo byłaby na recepty wydawane przez NFŻ. Wyjątkiem, mogłyby być co najwyżej sucharki i woda. Żeby dostać coś więcej trzeba by do ekspedientki przyjść z kopertą.
Czy ktoś sobie wyobraża wprowadzenie takiego systemu?
W takim razie po co utrzymujemy ten kretyński system służby zdrowia z NFZ na czele? Niech mi ktoś poda choć jeden rozsądny powód?
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej
Na pewnym forum politycznym, ktoś zaproponował nominacje do kategorii "Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej". Kandydatury były różne. Ja ze swojej strony zaproponowałem naszego ministra finansów i w charakterze uzasadnienia stworzyłem następującą jego charakterystykę:
Jan Vincent-Rostowski.
Z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie jest wcale takie pewne jak się nawet nazywa. Oficjalne źródła podają Jan Vincent-Rostowski, lecz na co dzień posługuje się imieniem Jacek i pomija Vincent.
Czy zatem w tej sytuacji mogą dziwić nieporozumienia związane z wykształceniem? Rozmaici usłużni tytułują go profesorem. Jednak jego tytuł profesorski niczym w zasadzie nie różni się od sławnego "panie psorze" jakim licealiści, nie wiadomo dlaczego, tytułują swoich nauczycieli. Dostał go jako dekorację od pewnej węgierskiej uczelni należącej do spekulanckiego guru - George'a Sorosa. Formalnie pan Jan Vincent-Rostowski ukończył University College London gdzie zdobył tytuł Master of Arts oraz London School of Economics, gdzie otrzymał tytuł Master of Science. Oba są odpowiednikami polskiego tytułu magistra. Zatem tytułowanie pana Vincenta-Rostowskiego tytułem profesora ma słabe uzasadnienie.
No ale dosyć uszczypliwości. Zastanówmy się nad osiągnięciami pana magistra ministra. Pierwsze, jakie przychodzi mi na myśl, to nadanie nowego tempa przyrostowi długu publicznego w Polsce. Trzeba przyznać, że tempo 3000 zł na sekundę robi wrażenie.
Nic nie ujmując poprzednim ministrom, którzy także przyłożyli swoją rękę do dzisiejszego gigantycznego rozmiaru długu, pan Vincent-Rostowski, jak przystało na absolwenta prestiżowej londyńskiej uczelni, zdeklasował swoich poprzedników. W czasie gdy obejmował urząd, dług wynosił nieco ponad 500 miliardów złotych. Dziś, formalnie, jest to już prawie 800 miliardów, tak więc w ciągu 3 lat pan minister zwiększył go o ponad 50%. Daje to jakieś 20000 zł na obywatela (włączając w to emerytów i dzieci).
Piszę, formalnie, gdyż w tym miejscu dochodzimy do kolejnego osiągnięcia pana profesora. Jak już wcześniej wspomniałem, z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo zatem również, ile właściwie tego długu nasze państwo ma. Nie jest pewne czy wie to nawet pan minister. Wie za to na pewno, jak przy użyciu metod księgowości kreatywnej skutecznie maskować jego wysokość. Myślę, że poważne szanse na przejście do historii finansów ma jego zabieg mający na celu wyłączenie z liczenia długu zobowiązań wobec przyszłych emerytów, jednocześnie przejmując większość tych zobowiązań od tzw. Otwartych Funduszy Emerytualnych.
Pan Vincent-Rostowski nie może się powstydzić również swojej polityki podatkowej. Będąc członkiem partii, która ma wpisane do programu obniżanie podatków, osobiście skrytykował poprzednią ekipę za obniżenie podatków i składki rentowej (będącej de facto podatkiem) po czym znienacka... podwyższył VAT. Takie interpretacje programowe mogą być bez wątpienia jedynie dziełem jednostek “wybitnych”.
Na uwagę zasługują wypowiedzi pana ministra dotyczące strefy euro. W zasadzie jest i zawsze był za. Ale w obliczu kryzysu jego wypowiedzi zaczęły trącić, takim jakimś lekkim pisiarstwem, w charakterze, że nie należy się tam spieszyć. I choć nawet w obliczu bankructwa strefy euro nie wyparł się on miłości do wspólnej waluty, to jednak trudno sobie dziś wyobrazić wejście Polski do tego towarzystwa idących na dno.
Wreszcie, spośród wielu innych zasług, należy wymienić próbę zamachu na NBP. Pomysł by dochody NBP włączyć do budżetu nie mógł się zrodzić w byle jakiej głowie. Ach, jak przypomnę sobie, jak cmokali różni tacy usłużni broniąc pana ministra przed tym, za co wcześniej atakowali Andrzeja Leppera, to aż nie mogę się nadziwić głębi argumentacji jaka temu towarzyszyła.
Patrzę na wszystko to, co właśnie jednym “tchem” napisałem i na usta ciśnie się pytanie. Czy pominięcie pana ministra Vincenta-Rostowskiego w kategorii Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej nie będzie dla niego bardzo krzywdzące?
Z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie jest wcale takie pewne jak się nawet nazywa. Oficjalne źródła podają Jan Vincent-Rostowski, lecz na co dzień posługuje się imieniem Jacek i pomija Vincent.
Czy zatem w tej sytuacji mogą dziwić nieporozumienia związane z wykształceniem? Rozmaici usłużni tytułują go profesorem. Jednak jego tytuł profesorski niczym w zasadzie nie różni się od sławnego "panie psorze" jakim licealiści, nie wiadomo dlaczego, tytułują swoich nauczycieli. Dostał go jako dekorację od pewnej węgierskiej uczelni należącej do spekulanckiego guru - George'a Sorosa. Formalnie pan Jan Vincent-Rostowski ukończył University College London gdzie zdobył tytuł Master of Arts oraz London School of Economics, gdzie otrzymał tytuł Master of Science. Oba są odpowiednikami polskiego tytułu magistra. Zatem tytułowanie pana Vincenta-Rostowskiego tytułem profesora ma słabe uzasadnienie.
No ale dosyć uszczypliwości. Zastanówmy się nad osiągnięciami pana magistra ministra. Pierwsze, jakie przychodzi mi na myśl, to nadanie nowego tempa przyrostowi długu publicznego w Polsce. Trzeba przyznać, że tempo 3000 zł na sekundę robi wrażenie.
Nic nie ujmując poprzednim ministrom, którzy także przyłożyli swoją rękę do dzisiejszego gigantycznego rozmiaru długu, pan Vincent-Rostowski, jak przystało na absolwenta prestiżowej londyńskiej uczelni, zdeklasował swoich poprzedników. W czasie gdy obejmował urząd, dług wynosił nieco ponad 500 miliardów złotych. Dziś, formalnie, jest to już prawie 800 miliardów, tak więc w ciągu 3 lat pan minister zwiększył go o ponad 50%. Daje to jakieś 20000 zł na obywatela (włączając w to emerytów i dzieci).
Piszę, formalnie, gdyż w tym miejscu dochodzimy do kolejnego osiągnięcia pana profesora. Jak już wcześniej wspomniałem, z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo zatem również, ile właściwie tego długu nasze państwo ma. Nie jest pewne czy wie to nawet pan minister. Wie za to na pewno, jak przy użyciu metod księgowości kreatywnej skutecznie maskować jego wysokość. Myślę, że poważne szanse na przejście do historii finansów ma jego zabieg mający na celu wyłączenie z liczenia długu zobowiązań wobec przyszłych emerytów, jednocześnie przejmując większość tych zobowiązań od tzw. Otwartych Funduszy Emerytualnych.
Pan Vincent-Rostowski nie może się powstydzić również swojej polityki podatkowej. Będąc członkiem partii, która ma wpisane do programu obniżanie podatków, osobiście skrytykował poprzednią ekipę za obniżenie podatków i składki rentowej (będącej de facto podatkiem) po czym znienacka... podwyższył VAT. Takie interpretacje programowe mogą być bez wątpienia jedynie dziełem jednostek “wybitnych”.
Na uwagę zasługują wypowiedzi pana ministra dotyczące strefy euro. W zasadzie jest i zawsze był za. Ale w obliczu kryzysu jego wypowiedzi zaczęły trącić, takim jakimś lekkim pisiarstwem, w charakterze, że nie należy się tam spieszyć. I choć nawet w obliczu bankructwa strefy euro nie wyparł się on miłości do wspólnej waluty, to jednak trudno sobie dziś wyobrazić wejście Polski do tego towarzystwa idących na dno.
Wreszcie, spośród wielu innych zasług, należy wymienić próbę zamachu na NBP. Pomysł by dochody NBP włączyć do budżetu nie mógł się zrodzić w byle jakiej głowie. Ach, jak przypomnę sobie, jak cmokali różni tacy usłużni broniąc pana ministra przed tym, za co wcześniej atakowali Andrzeja Leppera, to aż nie mogę się nadziwić głębi argumentacji jaka temu towarzyszyła.
Patrzę na wszystko to, co właśnie jednym “tchem” napisałem i na usta ciśnie się pytanie. Czy pominięcie pana ministra Vincenta-Rostowskiego w kategorii Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej nie będzie dla niego bardzo krzywdzące?
wtorek, 25 stycznia 2011
Państwo socjalne
Wszystkim pracującym miłośnikom państwa socjalnego polecam do poduszki poniższy tekst:
Wyznanie bezrobotnego: dlaczego nie warto iść do roboty za 2 tys. zł na rękę? - Strefa Biznesu, Gazeta Pomorska - lokalny portal przedsiębiorcówz pewnością będzie im się lepiej spało ze świadomością, że ich podatki są właściwie pożytkowane.
Komentarz wydaje mi się tu zbędny.
niedziela, 16 stycznia 2011
Koniec już bliski
Mówią, że ryba psuje się od głowy i coś w tym jest. W Polsce głowa jest już w stanie daleko posuniętego rozkładu o czym świadczy szopka smoleńska.
O tym, jak będzie wyglądał raport MAK można było się domyślić już w momencie gry rządy Polski i Rosji porozumiały się co do uznania Konwencji Chicagowskiej za podstawę prawną do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Konwencja Chicagowska ma tą zaletę, że jej treść jest publicznie dostępna. Jej artykuł 3 podpunkt a stanowi na ten przykład jak byk:
"Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś
do statków powietrznych państwowych."
Uznanie jej zatem jako podstawy prawnej do badania wojskowego samolotu państwowego powinno znaleźć się wysoko w rankingu kreatywnej interpretacji aktów prawnych.
Niestety, nigdzie nie mogę znaleźć treści polsko-rosyjskiego porozumienia z 7 lipca 1993 roku, które powinno być bardziej odpowiednie jako podstawa prawna dla badania katastrofy samolotu państwowego. Przetrząsnąłem dzienniki urzędowe i nic. Oczywiście, nie dopuszczam do siebie myśli, że tego dokumentu nie ma tam w wyniku zamierzonego działania. Zapewne ja nie jestem w stanie go znaleźć, lub nie ma go tam przez przypadek.
Zastanawiam się tylko, czy święte oburzenie pana premiera Tuska to efekt jego głupoty, gdyż nie był w stanie przewidzieć jak historia z raportem MAK się skończy, czy też efekt kolejnej cynicznej gry mającej na celu podbicie słupków sondażowych.
W zasadzie ustalenia MAK w kwestii organizacji wizyty prezydenta, lotu, bałaganu organizacyjnego w pułku itd., nawet jeśli są niepełne, powinny już w tej postaci poskutkować podaniem się rządu, który za to wszystko odpowiada, do dymisji. Chyba nikt nie wątpi, że za stan pułku odpowiada MON a za organizację wizyt MSZ. Święte oburzenie zatem pełni dwie funkcje. Po pierwsze, stwarza pozory sprzeciwu państwa polskiego wobec przesądzonego już kształtu raportu MAK. Po drugie, odrywa publikę od spraw naprawdę istotnych a taką jest kryzys finansów państwa polskiego.
Niestety, już nawet takiemu szpecowi od kreatywnej księgowości jak pan magister minister Rostowski, trudno już maskować faktyczny rozmiar długu i deficytu. Wprawdzie pan magister minister zapewnia, że w przyszłym roku będzie lepiej a za dwa lata to już w ogóle full wypas, ale wszyscy pamiętamy chyba ile słowa pana magistra ministra znaczą. Miał on zawsze tendencje do zaniżani powagi sytuacji w kwestiach finansów państwa i to się raczej nie zmieniło.
Zatem my tu gadu-gadu o tupolewach a bankructwo państwa zbliża się wielkimi krokami. Na szczęście tym bankructwem to chyba nikt się specjalnie nie przejmie, bo kto by się tam przejmował bankructwem państwa, które nie potrafi nawet wyjaśnić przyczyny śmierci swojego prezydenta. Po prostu, wierzyciele wezmą sobie swój dług w naturze odłączając po kawałku polskie terytoria i zostaniemy gdzieś tak w granicach Kraju Nadwiślańskiego, który i tak pewnie dosyć szybko stanie się czyimś państwem satelickim. A czyim? To już nawet nie będzie od nas zależeć.
O tym, jak będzie wyglądał raport MAK można było się domyślić już w momencie gry rządy Polski i Rosji porozumiały się co do uznania Konwencji Chicagowskiej za podstawę prawną do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Konwencja Chicagowska ma tą zaletę, że jej treść jest publicznie dostępna. Jej artykuł 3 podpunkt a stanowi na ten przykład jak byk:
"Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś
do statków powietrznych państwowych."
Uznanie jej zatem jako podstawy prawnej do badania wojskowego samolotu państwowego powinno znaleźć się wysoko w rankingu kreatywnej interpretacji aktów prawnych.
Niestety, nigdzie nie mogę znaleźć treści polsko-rosyjskiego porozumienia z 7 lipca 1993 roku, które powinno być bardziej odpowiednie jako podstawa prawna dla badania katastrofy samolotu państwowego. Przetrząsnąłem dzienniki urzędowe i nic. Oczywiście, nie dopuszczam do siebie myśli, że tego dokumentu nie ma tam w wyniku zamierzonego działania. Zapewne ja nie jestem w stanie go znaleźć, lub nie ma go tam przez przypadek.
Zastanawiam się tylko, czy święte oburzenie pana premiera Tuska to efekt jego głupoty, gdyż nie był w stanie przewidzieć jak historia z raportem MAK się skończy, czy też efekt kolejnej cynicznej gry mającej na celu podbicie słupków sondażowych.
W zasadzie ustalenia MAK w kwestii organizacji wizyty prezydenta, lotu, bałaganu organizacyjnego w pułku itd., nawet jeśli są niepełne, powinny już w tej postaci poskutkować podaniem się rządu, który za to wszystko odpowiada, do dymisji. Chyba nikt nie wątpi, że za stan pułku odpowiada MON a za organizację wizyt MSZ. Święte oburzenie zatem pełni dwie funkcje. Po pierwsze, stwarza pozory sprzeciwu państwa polskiego wobec przesądzonego już kształtu raportu MAK. Po drugie, odrywa publikę od spraw naprawdę istotnych a taką jest kryzys finansów państwa polskiego.
Niestety, już nawet takiemu szpecowi od kreatywnej księgowości jak pan magister minister Rostowski, trudno już maskować faktyczny rozmiar długu i deficytu. Wprawdzie pan magister minister zapewnia, że w przyszłym roku będzie lepiej a za dwa lata to już w ogóle full wypas, ale wszyscy pamiętamy chyba ile słowa pana magistra ministra znaczą. Miał on zawsze tendencje do zaniżani powagi sytuacji w kwestiach finansów państwa i to się raczej nie zmieniło.
Zatem my tu gadu-gadu o tupolewach a bankructwo państwa zbliża się wielkimi krokami. Na szczęście tym bankructwem to chyba nikt się specjalnie nie przejmie, bo kto by się tam przejmował bankructwem państwa, które nie potrafi nawet wyjaśnić przyczyny śmierci swojego prezydenta. Po prostu, wierzyciele wezmą sobie swój dług w naturze odłączając po kawałku polskie terytoria i zostaniemy gdzieś tak w granicach Kraju Nadwiślańskiego, który i tak pewnie dosyć szybko stanie się czyimś państwem satelickim. A czyim? To już nawet nie będzie od nas zależeć.
piątek, 14 stycznia 2011
"sensacyjny" transfer Palikota
Normalnie, ani Palikot, ani Tymochowicz nie jest wart nawet minuty mojej uwagi, ale chciałem wtrącić tylko krótką dygresję. Profesjonalista od politycznego PR-u normalnie zajmuje się politycznym PR-em a nie polityką i działa w cieniu tych, których kreuje. Wejście pana Tymochowicza do polityki może znaczyć, że albo przestał być profesjonalistą, albo że zaczyna brakować mu klientów, być może są lepsi od niego i dlatego próbuje zająć się czymś innym. Jedno jest pewne. Tym ruchem pan Tymochowicz jako specjalista od PR-u jest skończony. Tak samo jak pan Migalski wstąpieniem do PiS skończył się jako politolog. Co dalej zrobi? Jego broszka. Ja co najwyżej mogę to skwitować uśmiechem politowania.
wtorek, 11 stycznia 2011
Fotoradary
O zmianie prawa drogowego pisano już od kilku miesięcy. Ze zmian na lepsze - miały zniknąć atrapy fotoradarów. Wszyscy sobie zapewne, wówczas pomyśleli, że teraz, widząc puszkę, będziemy pewni, że jest w niej fotoradar. I tu się znowu pomyliliśmy. Nie wgłębiałem się w szczegóły ustawy, jednak opublikowany w Fakcie artykuł o puszkach na fotoradary w Łodzi nie pozostawia złudzeń:
"W województwie mamy 120 masztów na fotoradary. W Łodzi takich miejsc jest 9 . Nie mamy żadnej atrapy, więc żaden z masztów nie będzie zlikwidowany. Wszystkie są przystosowane do montażu radaru – mówi Grzegorz Wawryszuk z KWP w Łodzi."
Zatem widzimy, że miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle. Nie wiem, czy to kolejny bubel, czy zamierzone działanie, ale widać jak na dłoni - wystarczy, że puszka jest przystosowana do montażu radaru, a już może spokojnie, w świetle obowiązującego prawa, funkcjonować jako atrapa. Proste jak drut. Można by pokusić się o dalsze interpretacje, że ta lipa z niby-likwidowaniem atrap miała za zadanie wzbudzić u społeczeństwa zachwyt ekipą rządzącą i odwrócić uwagę od innych ciekawych aspektów zmian w prawie drogowym: a to podwyższeniu mandatów (np. kierowca, którego szlag trafił, gdy po raz czwarty przejeżdża obok miejsca docelowego podróży i nie ma gdzie zaparkować, w związku z czym stanął na trawniku, zapłaci stówę), a to łapaniu nas na radar z pokładu helikoptera. Dajmy jednak im spokój. Rząd jest przecież tak zarobiony, że przez pół roku nie zdążył uchwalić przepisów wykonawczych do ustawy - w tym taryfikatorów.
Nie wiem zresztą, dlaczego stosowanie atrap miałoby być czymś złym. Uważam, że w miejscach szczególnie niebezpiecznych dobrze ustawiona atrapa może przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa. Nie każmy jednak kierowcom jechać 40 tylko po to, by paru oficjeli mogło sobie urządzić popijawę na koszt kierowców, tak jak działo się to podobno w Kobylnicy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)