Motto

Wyjaśnienia powinny być tak proste jak jest to możliwe, ale nie prostsze.
Albert Einstein

niedziela, 3 października 2010

Najgorsze są przestępstwa popełniane zgodnie z prawem

Pamiętam te słowa, wypowiadane w ramach skeczu kabaretowego, przez jednego z satyryków, chyba Tadeusza Drozdę (przepraszam autora, jeśli pomyliłem go z panem Tadeuszem), gdy to opowiadał, jak pewien "przestępca" za komuny zaczął handlować papierem toaletowym i natychmiast spadło czytelnictwo gazet. Dziś niestety oglądamy to już nie w ramach kabaretu, a może jednak tak... chociaż nazwałbym to raczej tragikomedią.
Dziś przestępstwem dokonywanym całkowicie legalnie jest sprzedaż dopalaczy. I zapewne dlatego jest to tak straszne przestępstwo, że dokonane zgodnie z prawem, o czym przekonuje nas nawet sam pan premier na dzisiejszej konferencji prasowej, skarżąc się właśnie na to, że sklepy z dopalaczami działają zgodnie z prawem.
Szanowni państwo! Nie chce mi się pisać już takich oczywistości, że w zasadzie obecna sytuacja jest efektem prawa antynarkotykowego. No bo, gdyby sprzedaż narkotyków dorosłym była w pełni legalna, to te dopalacze funkcjonowałyby jako sklepy oferujące używki spożywcze a nie produkty kolekcjonerskie i nawozy. Wtedy za to, że ktoś zszedł można byłoby autentycznie karać właścicieli sklepów zamiast uciekać się do bezprawia. Za sprzedaż nieletnim też można by było wsadzać na długie lata do więzienia. Teraz legalnie nie można (co nie znaczy, że nie będzie się tego robić nielegalnie), bo produkt kolekcjonerski może kupić każdy gimnazjalista. To są naprawdę oczywistości.
Ważniejsze jest to, że teraz już nikt, nie może być pewien, że jutro mu pan premier nie zlikwiduje biznesu. Fakt, iż ów biznes jest legalny, absolutnie nic nie znaczy. Premier będzie działał na granicy prawa i będzie zwalczał każdą niewygodną mu działalność. Niewykluczone, że na następny ogień pójdą żarówki. Jak informuje WP, dzięki sztuczce prawnej można już kupować żarówki setki. Oczywiście ja się cieszę, bo zakaz sprzedaży żarówek to idiotyzm, jednak, nie wiadomo jak długo cieszyć się jeszcze będziemy.
A na koniec zastanówmy się, dlaczego w ogóle doszło do tej nagonki na dopalacze. Bo w nagłe zainteresowanie zdrowiem obywateli, wybaczcie państwo, ale jakoś nie wierzę, zwłaszcza gdy widzę stan polskiej służby zdrowia i fakt, że od lat ją rządzący mają, delikatnie mówiąc, w nosie.
No właśnie. W skeczu przyczyną zainteresowania handlarzem papieru był spadek czytelnictwa gazet. A sprzedaż czego spadła wskutek handlu dopalaczami? Wnioski na temat powiązań świata polityki i świata mafii, zostawiam czytelnikom do wyciągnięcia samym.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Na VACiki nie wystarczy

No i mamy. Pomyliłem się, ale tylko co do rodzaju haraczu jaki nam podniosą. Nie żadna tam składka, tylko strzał z grubej rury. VAT idzie w górę. I to wcale nie takie pewne czy na 23% się skończy.
Elementarna przyzwoitość nie pozwoliłaby mi nazwać, wbrew temu co piszą w Wikipedii, pana ministra Rostowskiego ekonomistą. Ekonomista, to bez wątpienia ktoś, kto zna się na gospodarce, a pan minister, owszem, zna się, ale chyba tylko na kreatywnej księgowości i ciekaw jestem na ile mu się ta wiedza przydaje dla procesu maskowania faktycznych rozmiarów długu publicznego naszego kraju. Bez wątpienia przydaje mu się wiedza wyniesiona z The London School of Economics and Political Science, gdzie oprócz niego studiowały takie sławy jak George Soros, Romano Prodi, Marek Belka, John F. Kennedy. Nie chcę dezawuować całości działalności jej absolwentów, ale na przykładzie poglądów gospodarczych wyżej wymienionego towarzycha, można sobie z grubsza wyrobić opinię, czym nasiąknie człowiek na takiej uczelni i jakie złapie kontakty.

Pan magister Rostowski (tak, tak, proszę niech wszyscy tytułujący go profesorem, sprawdzą dokładnie) nie ma nawet odwagi przyznać się, jak bardzo się mylił w temacie wejścia polski do strefy euro. Jednak pobieżne prześledzenie jego wypowiedzi prasowych na ten temat, chyba tylko przez grzeczność, skutkuje wytknięciem mu niekompetencji a nie czegoś gorszego.
Odrobina googlania i widzimy, że jeszcze 2 marca 2009 pan minister
był wyznawcą wspólnej waluty.
Nie mówiąc o tym jakim optymistą
był jeszcze prawie dwa lata wcześniej:
Na początku 2009 roku
wściekał się nawet na Kaczyńskiego, że ten zmarnował szansę na wprowadzenie euro w czasach prosperity i zaprzepaścił możliwość zlikwidowania wahań kursowych.
Ciekawe czy nie pomyślał o tym, że wahania kursowe mogą być zastąpione przez wahania gospodarki. No ale nic to. Ważne, że już w maju 2010 pan minister
wypowiadał się już w zupełnie innym tonie, lekko trącącym pisiarstwem.
Co ciekawe, z pomysłu euro ostatecznie się jednak nie wycofał, pomimo iż zapewne sam nie wierzy w to, że może ono przynieść polskiej gospodarce coś dobrego. Widocznie coś sobie po tym obiecuje. Bez wątpienia ukończenie tej samej uczelni co George Soros wyrabia w człowieku inne spojrzenie na świat, zwłaszcza finansów.

Zapewne i to spojrzenie jest współprzyczyną decyzji pana ministra o podwyżce podatków. Pan minister zapewne nie słyszał nigdy o krzywej Laffera a jeśli słyszał, to albo nie ma zielonego pojęcia, po której stronie jej gospodarka polska się znajduje albo ma to zwyczajnie w nosie i wyznaje zasadę, że jak w kasie zaczyna brakować i jest z kogo zedrzeć to trzeba to zrobić nie mając sentymentów.
Ciekawi mnie tylko co wyjdzie z obietnicy tymczasowości tej podwyżki VAT-u. Gdyby ustawa podwyższająca VAT zawierała zapis, że za trzy lata wysokość podstawowej stawki VAT spada do przynajmniej 20% to bym te trzy lata podwyżki odżałował. Już dawno straciłem nadzieję na najrozsądniejszą z aktualnie możliwych i obiecanych przez Platformę stawek - 15%.

piątek, 16 lipca 2010

Wyższa składka zdrowotna

Kilka miesięcy temu w Gazecie Prawnej ukazał się artykuł o potencjalnym podwyższeniu składki zdrowotnej. Nie wątpię, że cisza jaka następnie panowała w tym temacie była wynikiem zbliżających się wyborów. Ja jednak staram się śledzić, czy czasem Ministerstwo Zdrowia nie postara się nas uraczyć podwyżką składki już po wyborach. W sumie teraz jest dobry moment, bo do następnych wyborów ludzie już zdążą to zapomnieć.

piątek, 28 maja 2010

Angora nr 22/2010

Z największą przyjemnością informuję, że mój list do redakcji Angory został opublikowany w numerze 22/2010 pisma.

środa, 12 maja 2010

Spotkanie z panem Januszem Korwin-Mikke w Łodzi

Dziś miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z panem Januszem Korwin-Mikke w łódzkiej restauracji SHOWTIME zlokalizowanej tuż przy studiu filmowym przy skrzyżowaniu ulic Mickiewicza i Łąkowej.
Atrakcją dla mnie nie tyle było to, że mogłem posłuchać co mówi pan Janusz, co sama jego osoba. Jako stały czytelnik jego bloga, chyba wszystko co mówił, słyszałem już albo czytałem po 5 razy. Jednak spotkanie go we własnej osobie, jako jedynego w swoim rodzaju weterana politycznej walki o wolność społeczeństwa, to niewątpliwie ciekawostka. Żałuję, że pan Janusz tak rzadko robi turnee po Polsce.
Słuchając jednym uchem co pan Janusz mówi, rozejrzałem się po sali. Spośród obecnych większość to mężczyźni w wieku 20-30 lat. Wielu z nich wyglądało na przedsiębiorców i studentów. Nic dziwnego, bowiem wśród tych grup pan Janusz ma największe poparcie. Nieliczne kobiety to przede wszystkim młode dziewczyny. Jest też pewna liczba mężczyzn w średnim wieku wyglądających na przedsiębiorców.
Przyznam szczerze, że to co zobaczyłem, nie napawa mnie optymizmem. Sala była wprawdzie wypełniona po brzegi, ale ścisku nie było. Można by się spodziewać, że spotkanie z kandydatem na prezydenta przyciągnie więcej ludzi. Być może to skutek słabej promocji spotkania. Ale to szkoda, bo na takich spotkaniach wielu ludzi przekonuje się,  że warto oddać na pana Janusza głos. Pomimo nastawienia na środowiska inteligenckie, pan Janusz, z niektórymi swoimi tekstami (ale nie wszystkimi) dobrze trafia również do masowego odbiorcy. Warto pokusić się o wykorzystanie opinii ludzi do opracowania jakiejś wyborczej taktyki. Hasło "Możesz wierzyć w cuda, ale lepiej zagłosować na Korwina-Mikke!" jest moim zdaniem bardzo dobre. Warto jednak dodać coś co zadziała na poziomie emocji. Np. "Tobie też zabiorą dziecko! To ostatni dzwonek by ich powstrzymać. Głosuj na Korwina-Mikke!". Słowami "liberalizm" i "kapitalizm" niewielu ludzi się przyciągnie, gdyż w ciągu długoletniego telewizyjnego prania mózgu, stały się one dla prostych ludzi synonimami oligarchizmu, władzy wielkich korporacji, nieuczciwego wyzysku itd. Dlatego zamiast "liberalizm" warto mówić wolność, a w ogóle to skupiać się na tematach, które każdego z nas dotyczą codziennie. Przykładem tego jest wyżej wymienione hasło o dzieciach. Niewątpliwie większość ludzi na co dzień wychowuje swoje dziecko. 
Podam przykład starszej kobiety z mojej rodziny. Kiedyś, gdy wspomniałem jej o JKM, powiedziała tylko "Korwin? Nie, mowy nie ma. On jest za bogatymi.". Tak niestety rozumują ludzie prości. Ale kiedy powiedziałem, że Platforma uchwaliła ustawę, że dzieci będą zabierać rodzicom, to się oburzyła i pochwaliła stanowisko "Korwina", że jest przeciw.
Warto ponadto podkreślać, że zgodnie z programem WiP źródłem zamożności ma być praca a nie jałmużna i nieuczciwe układy i układziki. Np. obrazek z dwoma inżynierami w kaskach z dźwigiem na tle niebieskiego nieba z napisem "Bo źródłem bogactwa jest praca! Głosuj na Korwina-Mikke".
Warto mówić, że Korwin-Mikke jest najbardziej prorodzinnym kandydatem ze wszystkich, gdyż rodziny zamierza zostawić w spokoju i się im do garów nie wtrącać. Należy przy okazji obśmiać 1000 zł becikowego pytając retorycznie, czy to ma niby starczyć na waciki? Dodać należy, że aby dać tysiąc, trzeba najpierw zabrać dwa tysiące a JKM nie będzie nikomu dawał i nikomu zabierał. A w ogóle, to prawdziwy mężczyzna, to ma najwięcej satysfakcji w życiu, gdy jest w stanie sam zarobić na własną rodzinę i polityka WiP ma to umożliwić.
Moim zdaniem takie teksty znacznie poszerzą grono potencjalnych wyborców. Można coś dorzucić o karze śmierci, ale nie za dużo, bo pan JKM przecenia rolę tego argumentu dla elektoratu.
Na koniec jeszcze dodam. Ostatnim pytaniem, jakie usłyszałem na spotkaniu, było pytanie młodego człowieka o historię nauczaną w szkołach po ich prywatyzacji. Młody człowiek choć nieco, moim zdaniem, naiwny, wyglądał mi na idealistę, który jest potencjalnym wyborcą JKM. Niestety, po dosyć ciekawej dyskusji, pan  Janusz zakończył rozmowę mocnym strzałem, który zbił chłopaka z tropu i spowodował śmiech na sali. On na pewno nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią. Myślę, że bardziej należało się w tej odpowiedzi skupić na uwypukleniu wad nauczania historii w szkołach w obecnym systemie, niż porównywać nauczanie historii do obiadu w restauracji. Nie twierdzę, że argumenty były złe, ale oprócz argumentów, chcemy zdobyć dla pana Janusza elektorat i stąd ta uwaga.
Czekam na prawdziwy start kampanii. I będę przy tym prowadził swoją, tu na blogu i bezpośrednio wśród znajomych i rodziny. Czas już zacząć.

niedziela, 9 maja 2010

Panie Bartoszewski, to podłość!

Bartoszewski: Użyłem 'nekrofilii' jako metafory, a nie etykietki

Zawsze opowiadałem się za szacunkiem dla ludzi starszych, doceniając mądrość życiową jaką zgromadzili przez lata. Jednak równie mocno opowiadam się za przeciwstawianiem się zdecydowanie nadużywaniu argumentu wieku w dyskusji. Wiek nie daje przywileju mówienia co się chce i posiadania racji. Jest odwrotnie. Powinien raczej zobowiązywać do dawania przykładu mądrości młodszym.
Pan Bartoszewski, którego szanowałem, głównie za jego walkę o wolność Polski, zdecydowanie nadużył swojej pozycji na scenie politycznej i w moich oczach stracił wizerunek obiektywnego mędrca, który zawsze staje po słusznej stronie.
Zaczęło się od artykułu na stronie austriackiej gazety Der Standard. Niestety nie znam niemieckiego i muszę polegać na przekładach a według nich pan Bartoszewski powiedział:

"Jeśli Jarosław Kaczyński - a w ostatnich dniach już to się rozpoczęło - będzie wykorzystywał wielką stratę, jakiej doznał, jako argumentu wyborczego, wówczas będę musiał powiedzieć: jestem zarówno przeciwko pedofilii, jak i nekrofilii każdego rodzaju"

Nie szokuje mnie nazwanie kogoś metaforycznie nekrofilem. Uważam, że trzeba do tego odwagi, ludzi odważnych przy tym cenię, ale żeby tak postąpić, trzeba mieć mocne argumenty. Być może niezbyt uważnie śledziłem w mediach wydarzenia ostatnich dni i tygodni, ale z tego co zauważyłem, to Jarosław Kaczyński unika wypowiedzi w mediach. Z uwagi na sytuację rodzinną, wcale mu się nie dziwię. Jedyne co udało mi się odnotować, z rzeczy, które pan Bartoszewski mógłby użyć na uzasadnienie swojej wypowiedzi, to wystąpienie na czarno i powołanie się na polityczny testament swego brata.
Zastanawiam się tylko, jak w czasie żałoby po bracie miałby się ubrać Jarosław Kaczyński? Na zielono? Ponadto, kto inny jak nie on, miałby realizować polityczny testament swego brata? Przecież od samego początku swej kariery politycznej bracia Kaczyńscy pracowali razem i mówili jednym głosem. Nawet jeśli był to głos głównie Jarosława, to podpisywali się pod nim obydwaj. Dlaczego zatem Jarosław Kaczyński nie może w ramach kampanii obiecać swym potencjalnym wyborcom realizacji testamentu politycznego Lecha Kaczyńskiego? Mnie się wydaje, że tylko jego osoba daje taką gwarancję, niezależnie od tego czy ten testament się komuś podoba, czy nie.
Pan Bartoszewski ma jeszcze śmiałość mówić, że nie prowadzi kampanii żadnej partii. Jeśli, jak pan Bartoszewski twierdzi, jest on w komitecie wyborczym Bronisława Komorowskiego, nawet jeśli jest to tylko komitet honorowy, to czy nie wygląda to na nazwanie białego czarnym?
Pan Bartoszewski, jak twierdzi, brzydzi się moralnie poczynaniami prezesa Kaczyńskiego. Cóż, ja nie twierdzę, że Jarosława Kaczyńskiego trzeba w kampanii oszczędzać, bo zginął mu brat. Decydując się na kandydaturę, staje w szranki i musi się liczyć z walką. Ale w walce wyborczej dotychczas mogliśmy jednak dostrzec pewne granice, które były uznawane powszechnie za granice przyzwoitości. Autor książki "Warto być przyzwoitym" właśnie taką przekroczył.

Na koniec chciałbym dodać, że nie jestem zwolennikiem politycznym Jarosława Kaczyńskiego i nie mam zamiaru na niego głosować.

P.S. Wysyłam ten post jako list do redakcji do Angory, w nadziei, że zapewni to mu szerszą publikę. O ewentualnej publikacji powiadomię na blogu.

czwartek, 6 maja 2010

PiS ZAPŁACI ZA WAWEL - Blog Joanny Senyszyn - Onet.pl Blog

PiS ZAPŁACI ZA WAWEL - Blog Joanny Senyszyn - Onet.pl Blog

Pani tzw. "profesor" Senyszyn jak zwykle wypisuje bzdury, ale warto zwrócić uwagę na pewne elementy jej wpisu. Dla tych, którym nie chce się tam zaglądać: pani "profesor" pisze, że w zamian za pochowanie Lecha Kaczyńskiego na Wawelu PiS będzie musiał zapłacić przegłosowaniem zaostrzenia kodeksu karnego m. in. za in vitro. Jest to przy okazji dla niej świetna okazja by wytknąć Kościołowi Katolickiemu, że za wszystko pobiera opłatę w dwójnasób.
Zacznijmy od tego, że mnie osobiście się wydaje, że prezes Kaczyński, owszem, zapłacił kardynałowi Dziwiszowi za pochówek brata, ale w sposób najnormalniejszy na świecie - pieniędzmi. I ja naprawdę nie widzę w tym nic złego. Liberał - kapitalista nie widzi nic niewłaściwego w powiedzeniu przytoczonym przez panią "profesor", że nie ma darmowych obiadów (aczkolwiek lewizna uparcie chce je forsować w szkołach). Ciekawe czy pani "profesor" nie pobiera wynagrodzenia za swoją pracę, że tak wytyka Kościołowi, że ten pobiera.
Kolejną rzeczą, jest to, że pani "profesor" drwi z praw człowieka przysługujących zarodkom, jakby te zarodki nie były ludźmi, i przeciwstawia je prawom ludzi niepłodnych. Otóż, szanowna pani profesor, ja nigdzie nie widziałem, by jakikolwiek dokument prawodawczy w Polsce nadawał większe prawa ludziom niepłodnym. Mają oni dokładnie takie same prawa jak ludzie płodni, między innymi prawo do posiadania potomstwa. A, że nie mają takiej możliwości? Aaaa, to inna sprawa. Ślepy też nie ma możliwości odróżniania kolorów, ale czy przez to są naruszone jego prawa? Zresztą, czy należy uznać, że prawa chorego na serce człowieka, który ma zgodność tkankową z panią "profesor" są naruszone przez to, że nie można pani "profesor" ukatrupić w celu dokonania przeszczepu? A gdzie jest napisane, że pani "profesor" jest człowiekiem bardziej niż taki zarodek?
No i na koniec najlepsze, pani profesor drwi ze stwierdzenia:

"Każdorazowo godność zarodków jest naruszona w sposób fundamentalny przez to, że znajdują się w warunkach stanowiących bezpośrednie zagrożenie dla życia"

kwitując je własnym:

"Oczywiście w macicy zagrożenie też występuje. Wszak obumiera 70 proc. jajeczek zapłodnionych w sposób naturalny. Dobrze, że głupotodawcy nie chcą karać wszystkich kobiet uprawiających seks. Jako potencjalnych morderczyń."

Coś podobnego? Lewacka pani "profesor" akceptuje bez mrugnięcia oka fakt, iż występuje zagrożenie? Ale do zapobiegania zagrożeniu wylecenia przez okno przy wypadku samochodowym, poprzez obowiązkowe zapinanie pasów bezpieczeństwa, jesteśmy zmuszani przez jej podobnych! Zresztą, jak sama pani "profesor" napisała - jajeczka obumierają w sposób naturalny. Pani "profesor" też być może kiedyś obumrze w sposób naturalny. Czy zatem daje nam to prawo ukatrupienia jej w sposób sztuczny?

To wszystko potwierdza hipotezę wysnutą kiedyś przez pana Janusza Korwin-Mikkego, że pani profesor nie jest do końca człowiekiem złym i nie jest przesiąknięta socjalizmem do szpiku kości. Ona po prostu na pewnym etapie swojego życia wpadła w złe towarzystwo, nie mniej jednak potrafi czasem dochodzić do w miarę logicznych wniosków.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Pojednanie z misiem

Ja tym razem w sprawie pojednania, na temat którego bełkot słyszymy od samego początku żałoby narodowej po zmarłym prezydencie. Chciałem zresztą coś napisać o samej katastrofie, ale chyba nie dałbym rady przebić tylu krokodylich łez wylanych na zawołanie przez całe to towarzycho funkcjonariuszy spod znaku redaktora Lisa i redaktor Olejnik, rzuconych na różne odcinki frontów medialnych. Co tam zresztą redaktory, jeśli nawet szanowny pan poseł Niesiołowski zaprezentował się w roli, której pozazdrościłaby mu niejedna zawodowa żałobnica. Cały czas zresztą czekam na występ posła Palikota. Ja tak nie umiem, gdyż swojej opinii na temat prezydenta Kaczyńskiego nie zmieniłem, nawet w obliczu jego tragedii, i dalej uważam go za prezydenta, który wbrew swoim, być może, najlepszym chęciom, i w odróżnieniu od, posiadających jak najgorsze chęci, poprzedników, podpisał kwit pozbawiający Rzeczpospolitą Polską niepodległości. Niestety, przykre ale prawdziwe. Dlatego być może, takie wypowiedzi, w obliczu obowiązującej jeszcze ogólnopolskiej żałoby, byłyby faktycznie nietaktowne.
Wracając do tematu tekstu, okazuje się, że jednym z głównych tematów ostatnich dni jest pojednanie. No to teraz zastanówmy się kogo z kim? W serwowanej nam medialnej papce można znaleźć odniesienia do pojednania między narodami - polskim i rosyjskim. Tylko jakoś trochę to dziwnie wygląda, bo ja na przykład czuję się bez wątpienia w miarę reprezentatywnym przedstawicielem narodu polskiego. I co? I nigdy nie miałem żadnego zatargu z żadnym przedstawicielem narodu rosyjskiego! Ja Rosjan naprawdę lubię. Można się z nimi napić wódki, pogadać bez tłumacza. I oni, jako ludzie, którzy przeżyli Związek Radziecki, doskonale rozumieją ludzi, którzy przeżyli PRL. W życiu by mi nie przyszło obwiniać narodu rosyjskiego za cierpienia polskich oficerów w Katyniu, czy też wcześniejsze rzezie Polaków w latach 1937-1938 dokonane w ramach polskiej operacji NKWD, gdyż naród rosyjski w wyniku wielkiego terroru w tym czasie ucierpiał o wiele bardziej. W ten sposób myśli też wielu moich znajomych, a zdanie tych, którzy uważają inaczej, zazwyczaj bierze się nie z osobistych doświadczeń a z telewizyjnego prania mózgu. Nie ma zatem powodu by naród polski pojednywał się z rosyjskim, bo narody te nie są w żaden sposób poróżnione. Kto zatem jest poróżniony? Ano nie narody, tylko państwa. Należy tu bardzo wyraźnie odróżnić pojęcie narodu, czyli wspólnoty zamieszkującej określony obszar, mającej określoną kulturę, mówiącą wspólnym językiem, od pojęcia państwa, jako instytucji działającej na określonym terytorium, zrzeszającej swoich obywateli, stanowiącej prawo i administrującej swoim obszarem. Polacy jako naród niewątpliwie mają swoje rachunki z Rosją jako państwem. I nie wynika to stąd, że Rosja jako państwo uczyniła im coś złego, lecz, że Rosja jako państwo, jest z własnej nieprzymuszonej woli, spadkobiercą prawnym Związku Radzieckiego, bezpośrednio odpowiedzialnego za rzezie Polaków w pierwszej połowie XX wieku na swoim terytorium - i to zarówno Polaków będących obywatelami ZSRR jak i umundurowanych żołnierzy Rzeczpospolitej Polskiej (zatem reprezentujących polskie państwo).
Zatem jeżeli o jakimś pojednaniu może być mowa to o pojednaniu z Federacją Rosyjską narodu lub Rzeczpospolitej Polskiej. No to po kolei. Jeśli chodzi o pojednanie narodu z państwem rosyjskim to osobiście nie słyszałem by ktokolwiek kiedykolwiek np. za polską operację NKWD przeprosił, o wypłaceniu odszkodowania za zbrodnię nie wspominając. Oczywiście wiadomo, że gdyby Rosja miała wypłacić odszkodowania ofiarom zbrodni NKWD to by zbankrutowała, ale przedstawicieli władz rosyjskich nie stać w tej sprawie na symboliczne gesty. W sprawie, natomiast, mordu katyńskiego, to oczywiście symbolicznych gestów mamy tyle, że aż mdli ich słodycz, jednak ofiary zbrodni katyńskiej nie zostały nawet przed rosyjskimi sądami zrehabilitowane. Oficjalnie zatem, nadal są tam bandytami skazanymi za swoje winy na śmierć. Mówienie zatem o jakichś pojednaniach to absurd. Nie rozumiem, zresztą, dlaczego miałaby im służyć śmierć polskiego prezydenta w, jak twierdzą wszyscy, wypadku. Co takiego zmienił spadający samolot w sprawie katyńskiej, że nagle polski i rosyjski premier, dosłownie i w przenośni, wpadają sobie w ramiona? O Federacji Rosyjskiej, to oczywiście dobrze świadczy, że zaangażowała się tak bardzo w wyjaśnianie przyczyn tragedii, otoczyła opieką polskie rodziny przybywające do Moskwy zidentyfikować swoich bliskich (mogliby jeszcze nie trzymać w tajemnicy przed polską prokuraturą materiałów ze śledztwa), ale jakoś nie mogę dostrzec ani odrobiny realnego postępu w sprawie pojednania. Myślę, zresztą, że oczekiwanie jakichś gestów czołobitnych ze strony rosyjskiej za zbrodnie poprzednich pokoleń, jest nieporozumieniem. Pod pojęciem pojednanie bardziej chodzi o ujawnienie prawdy.
Pamiętajmy, pojednanie może być oparte jedynie na prawdzie. I tak jak prawda o śmierci rosyjskich jeńców z wojny polsko-rosyjskiej z lat 20. XX wieku została już dawno ujawniona i każdy, łącznie z rosyjskimi historykami, ma dostęp do wszystkich polskich dokumentów archiwalnych w tej sprawie, tak żadnego pojednania w sprawie Katynia być nie może, dopóki wszystkie kwity w tej sprawie nie zostaną położone na stół. A ta cała pojednawcza papka medialna to zwykłe brednie.

czwartek, 25 marca 2010

Bezstronność "Wyborczej"

17 października 2009


Pan Rafał Ziemkiewicz publikuje wywiad z anonimowym pracownikiem "Wyborczej".
Dla mnie nic nowego, ale warto by przeczytali to ludzie mający jeszcze jakieś złudzenia co do tej gazety.

Trybunał Stanu dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego

10 października 2009


Niniejszym apeluję do członków Zgromadzenia Narodowego o postawienie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu za złamanie art. 126 p. 2. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej brzmiącego:

"Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium."

Prezydent Lech Kaczyński, podpisując Traktat Lizboński zgodził się na znaczące ograniczenie suwerenności państwa, której według wyżej wymienionego artykułu, powinien strzec. Być może i nie mógł zapobiec jego ratyfikacji, ale z pewnością nie wykorzystał wszystkich możliwości by tego przynajmniej spróbować. Mógł przecież złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności Traktatu (co do której wielu konstytucjonalistów ma poważne wątpliwości) jak również zawetować ustawę ratyfikacyjną. Nie zrobił tego. Łamanie prawa przez zwykłego obywatela traktowane jest jako czyn naganny. Trudno zatem sobie wyobrazić bardziej naganny czyn niż łamanie najwyższego prawa państwowego przez głowę państwa.

Afera hazardowa

02 października 2009


Media ostanio wstrząsnęła informacja o tzw. aferze hazardowej. Nie wątpię iż panowie Chlebowski i Drzewiecki umoczyli się w czymś brzydkim, ale przyznam szczerze, że w doniesieniach prasowych zabrakło mi informacji czy CBA ustaliła, że mieli oni coś za lobbowanie, za korzystnymi dla hazardowych biznesmenów zapisami. Jeżeli nie, to moim zdaniem, choć sprawa śmierdzi na kilometr, nie jest możliwe postawienie panom posłom żadnych zarzutów. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, że każda ustawa potencjalnie niekorzystna dla budżetu państwa ma charakter korupcyjny. A przecież przeważnie zależność jest taka, że im mniej pieniędzy wpłynie do budżetu, tym ich więcej będzie w kieszeniach obywateli, zatem z punktu widzenia obywatela ustawy godzące w budżet są korzystne. Nawet jeśli wskutek tej ustawy zarobić miałby właściciel szulerni, to przecież on nie będzie sobie banknotami tapetował ścian, tylko zaraz je wyda. Postawi dom - zarobią murarze, kupi nowe meble - zarobi stolarz, itd. Oczywiście, jeżeli posłowie dostali za swe zaangażowanie jakieś korzyści, to jest to kryminał, ale trzeba to udowodnić. Nie wyklucza to poniesienia odpowiedzialności politycznej, jednak co innego odpowiedzialność polityczna a co innego odpowiedzialność karna. Być może trochę światła na sprawę rzucą odtajnione materiały CBA. Zobaczymy.

Oburzenie w sprawie remizy


30 września 2009

Obejrzałem dzisiaj materiał z Łódzkich Wiadomości Dnia i po obejrzeniu mam tylko jedno pytanie: o co chodzi?

Dla czytelników, którym nie chciało się bądź nie mieli czasu oglądać przydługiego materiału. Rzecz jest o starym budynku remizy łódzkiej straży pożarnej, który przez lata niszczał i który w ostatnim czasie został wykupiony przez prywatnego inwestora. Inwestor ten, zgodnie z prawem, przystąpił do jego rozbiórki, chcąc w tym miejscu wybudować inny, bliżej nieokreślony budynek. Kiedy to zrobił, podniosła się afera, bo nagle okazało się, że okoliczni mieszkańcy do budynku mają stosunek sentymentalny i że jest on według jakiejś klasyfikacji zabytkiem.

Przez lata niszczał budynek, ktoś go kupił i teraz chce wybudować, być może coś fajnego, więc powinniśmy się chyba cieszyć a nie martwić. Przyznam szczerze, że nigdy tej remizy nie widziałem i nie mam do niej żadnego stosunku, tym bardziej sentymentalnego. Jest mi więc dokładnie obojętne czy ona tam będzie stała czy ktoś ją wyburzy i zdania swojego nie zmienię, ponieważ ktoś w telewizji powiedział, że to jest zabytek i parę osób ma do niego stosunek sentymentalny. Jeżeli takich osób jest mało, to nie widzę powodu, by miasto miało się interesować budynkiem, do którego kilka osób ma stosunek sentymentalny. Ja też mam do kilku rzeczy stosunek sentymentalny, ale żadnego miasta to nie interesuje. Jeżeli natomiast takich osób jest dużo, to dlaczego w ciągu tych długich lat, przez które budynek niszczał, nie założyli Stowarzyszenia Miłośników Łódzkiej Remizy, nie zrobili zrzutki pieniędzy, nie przeprowadzili zbiórek, nie znaleźli sponsorów, nie wykupili remizy i nie zaczęli po prostu o nią dbać? Dlaczego wszyscy się oglądają na władze miejskie?
Napiszę Wam dlaczego. Bo większość ludzi ma los tej remizy totalnie w nosie i tylko kiedy usłyszą w telewizji, że ktoś ją rozbiera, to strzelają focha by nie wyjść na ignorantów i oburzają się na władze a za 5 minut zajmują się swoimi sprawami i zapominają o tym co przed chwilą usłyszeli. A jak za pół roku powstanie w tym miejscu market to chętnie udadzą się tam na zakupy.
Skandalem byłoby, gdyby prywatny inwestor kupił legalnie budynek, zaczął legalną rozbiórkę i nagle jakiś urzędnik zmusiłby go do zaprzestania. O! To byłby skandal. Ktoś zainwestował swoje pieniądze i nagle jakiś urzędnik staje mu na drodze.
Dlatego, ludzie. Nie dajmy się zwariować. Nie zaprzątajmy sobie głowy jakimiś remizami, o których już dawno wszyscy zapomnieli. Jak dla mnie to większość zabytków powinna zostać sprzedanych a nie wykupywanych. Ludzie dobrze wiedzą co im się podoba i jak chcą by ich budynki wyglądały. Jeżeli jakiemuś właścicielowi nie podoba się secesja to nie zmuszajmy go do tego by jego budynek był secesyjny. Uznawany za perłę architektury Paryż, był w swojej historii kilkakrotnie całkowicie przebudowywany i w czasie tych renowacji na pewno zniszczono ogromne ilości bezcennych zabytków (a przynajmniej takich, które byłyby chronione przez konserwatorów zabytków, gdyby istnieli).
Gdyby w XIX wieku w Paryżu istnieli konserwatorzy zabytków, to wieża Eiffela pewnie nigdy by nie powstała, no chyba, że pan Gustaw Eiffel dysponowałby budżetem pozwalającym wręczyć im odpowiednie łapówki.
Podobna do tej sprawy jest sprawa restauracji Chłopska Izba na przeciwko Grand Hotelu, która już kilkakrotnie była obsmarowywana w Wyborczej czy też w Metrze - nie pamiętam. Otóż temu całkiem schludnemu lokalowi, w którym zresztą świetnie gotują (stołowałem się), zarzucano, że... szpeci Piotrkowską!!! Kiedy to usłyszałem, to szczęka mi opadła. Gdyby szpecił, to nikt by tam nie chodził a ja, gdy tamtędy przechodzę, to nigdy nie widzę pustek.

To tyle co mam do napisania. W sumie, to los tej remizy mało mnie obchodzi, nie podobają mi się tylko podsuwane pomysły by wydawać na nią jakąś publiczną kasę z naszych podatków (pracuję w Łodzi i często robię zakupy, więc też mam w budżecie miasta swój udział). Jak ktoś czuje do remizy stosunek sentymentalny, to niech robi zrzutkę wśród sobie podobnych i niech ją odkupi od właściciela. Ja się dokładać nie zamierzam.

O jabłkach i nowoczesności

03 września 2009


Pamiętam, jak będąc jeszcze w szkole podstawowej, mama przed wyjściem szykowała mi kanapki. Zawsze dorzucała do nich jabłko, gruszkę czy jakiś inny owoc, akurat dostępny na rynku, czasem marchewkę (nb. której przynależność do kategorii warzywa lub owoce na terenie Unii Europejskiej nie jest taka oczywista jakby się wydawało). Podobny zestaw przynosiła do szkoły większość moich koleżanek i kolegów "z ławki". Z czasem, gdyż część czasu mojej edukacji przypadała na lata tzw. komuny, pojawiły się pomarańcze, banany, mandarynki. Nigdy mi jednak nawet przez myśl nie przyszło, by rzecz tak oczywista mogła być przedmiotem problemów urzędowych, politycznych, edukacyjnych, organizacyjnych i kto wie jakich jeszcze, wysokiego i niskiego szczebla. Po prostu, na jednej przerwie jadło się kanapki, na innej jabłko i do obiadu się przetrwało.
Jadąc ostatnio do pracy, usłyszałem w wiadomościach jednej ze stacji radiowych o polskich problemach unijnego programu "Owoce w szkole". Sam fakt istnienia takiego programu budzi we mnie niemałe zdziwienie, gdyż zawsze mi się wydawało, że dla przeciętnego obywatela wycieczka na rynek lub do warzywniaka i zakup kilograma jabłek nie stanowi większego problemu a jabłko nie dociąża tornistra w istotny sposób. No ale okazuje się, że tak było w socjalistycznym PRL. W "nowoczesnym" państwie zrzeszonym w Unii Europejskiej robi się to inaczej. Najpierw musi odbyć się debata na wysokim szczeblu Parlamentu Europejskiego, gdzie szanowne panie europosłanki i szanowni panowie europosłowie problem muszą omówić, oczywiście inkasując za to "trochę" grosza i ustalić, że dzieci w szkole powinny jeść owoce. Taka jakby we wszystkich krajach Unii dzieci miały takie samo zapotrzebowanie pokarmowe na owoce, które oczywiście jest niezależne od klimatu, uwarunkowań genetycznych i trybu życia (nb. w Grenlandii Eskimosi przez wieki nie jadali żadnych owoców, bo niby skąd, i jakoś przeżywali). Potem sprawa musi przejść zapewne przez parę innych unijnych instytucji, poleżeć u każdego urzędnika trochę na biurku, oczywiście każdy z nich zainkasuje za to "trochę" grosza. W końcu zajmują się nią władze państwowe, które stwierdzają, że dzieci w szkole powinny jeść owoce i ponieważ ci straszni rodzice tylko im wpychają chipsy i colę to państwo musi im te owoce do szkoły dostarczyć.
W ogóle tak się jakoś w tej naszej Unii utarło, że rodzice to tylko dzieci katują, gwałcą, dręczą psychicznie, topią, mordują i kiszą w beczkach po kapuście a jeżeli tego nie robią, to na pewno są albo za starzy, albo za biedni, albo mają zbyt brudno w domu, by je wychowywać. Wyjątkiem są oczywiście "rodzice" homoseksualni, którzy o dzieci się troszczą jak nikt inny. No ale skoro "rodziców" homoseksualnych jest zbyt mało, by mogli się zająć wszystkimi dziećmi, bo nawet według mocno zawyżonych szacunków rozmaitych organizacji homoseksualnych, homoseksualistów jest tylko ok. 10%, to państwo musi ze swojej strony zapewnić opiekę tym biednym dzieciom i do tego celu powołuje tzw. pracowników socjalnych, których zadaniem jest chronić biedne dzieci, przed okrucieństwem rodziców i w skrajnych przypadkach, takich jak np. bałagan w domu, im je odbierać.
Wracając do tematu, oczywiście dzieciom trzeba dostarczyć owoce do szkoły. W tym celu należy oczywiście powołać do tego urzędników. I dalej się zaczynają schody. Jak usłyszałem w radiu, problemem jest w naszym kraju znalezienie dostawców jabłek. Wiadomo, przecież że u nas nie rosną. Jeżeli już jednak tych dostawców znajdziemy, to dyrektorzy szkół zwrócili uwagę na kwestię przechowywania tych owoców w szkołach. Nie każda ma gdzie. Za PRL w mojej szkole funkcjonowała stołówka, z której korzystałem, czasem nam też dorzucali jabłko jako bonus do obiadu i jakoś było gdzie te jabłka trzymać. Do sprawy, a jakże, wtrącił się też sanepid, który będzie przecież kontrolował czy jabłka są przechowywane w odpowiednich warunkach. No i problem. Oczywiście archaiczne rozwiązania z poprzedniej epoki są niedopuszczalne. Rodzice na pewno żałują swoim dzieciom na jabłka, a jeśli już kupią, to na pewno nie będą chodzili w tą i z powrotem po rynku by wybrać najładniejsze tylko kupią najgorsze "psiary". Co innego dostawcy do szkół, oni przywiozą na pewno najdorodniejsze sztuki, "psiary" wioząc na rynek, gdzie kupują rodzice, nie patrząc co.
No i tak nam życie płynie w tym naszym nowoczesnym, wolnym państwie. Czasem cena postępu jest spora i musimy włożyć wiele wysiłku by osiągnąć odpowiedni poziom rozwoju cywilizacyjnego. A żyjąc w zacofaniu, gdzie każdy nosił jabłka do szkoły w tornistrze, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owoce w szkole to wcale nie jest tak prosta sprawa, jak nam się wydawało.

Tym razem na poważnie, czyli kto ich powstrzyma?

30 sierpnia 2009


Wyobraźcie sobie państwo, że odwiedza Was z zaskoczenia urzędnik państwowy, wskutek czego zastaje Was w kalesonach, znajduje gniazdko, z którego właśnie wyjęliście ładowarkę i jeszcze nie zdążyliście zabezpieczyć przed swoim kilkunastomiesięcznym dzieckiem, w zlewie znajduje kilka brudnych talerzy, których nie chciało się Państwu pozmywać po obiedzie i stwierdziliście, że pozmywacie razem z naczyniami po kolacji, na ławie w salonie znajduje długopis, którego skuwkę dziecko przecież może wchłonąć i się udusić a po wszystkim bada Was alkomatem i stwierdza, że jesteście pijani (fakt, wypiliście przed chwilą butelkę zimnego piwa, bo upał niemiłosierny, ale żeby od razu pijani?). Wskutek powyższych rzeczy, łapie dziecko, które natychmiast zaczyna płakać i informuje, że je zabiera, bo nie umiecie się nim zajmować. Po czym przyznaje je rodzinie zastępczej a rację przyznaje mu niezawisły sąd. Aha, bym zapomniał, urzędnik na odchodnym rzuca mimochodem, że matka dziecka, która właśnie przebywała w szpitalu dochodząc do siebie po komplikacjach po ciąży, została wysterylizowana a na pytanie kto na to wyraził zgodę, odpowiada, że przecież nikt nie musiał.


I co?


Nie gotuje się w Was? Jak zapewne wiecie taka sytuacja miała miejsce naprawdę, i nawet nie chodziło o żadne gniazdka czy skuwki, ale po prostu o to, że w domu jest brudno. Urzędnik państwowy zabrał rodzicom małą Różę, bo stwierdził, że w domu panuje nieporządek i wyrokiem swym potwierdził to niezawisły sąd. Po czym okazało się, że matka podczas porodu została wysterylizowana i nikt jej nie pytał o zgodę. Tym samym państwo Rzeczpospolita Polska, postawiło się na poziomie moralnym III Rzeszy Niemieckiej, w której odbierało się dzieci Polakom, by dać je rodzicom niemieckim i sterylizowało jednostki nieprzydatne. Szanowni państwo. Machina państwowa właśnie udowodniła, że z obywatelami może zrobić, co tylko jej się podoba. Nie jesteśmy już kwalifikowani do kategorii ludzi, lecz bydła. Oczywiście zaczęto od rodziny życiowo niezaradnej, mało inteligentnej i nieprzystosowanej, by obywateli stopniowo do tego przyzwyczajać.
Jeśli odbierają dzieci i sterylizują, to dlaczego za chwilę nie mieliby reaktywować obozów Auschwitz/Birkenau i np. Majdanek, po to by utylizować tam obywateli mających np. skrzywienia poglądowe i głosujących nie na tych co trzeba? A kto ich powstrzyma? Niewykluczone, że już wkrótce, kto żyw będzie stąd uciekał, choćby i na Białoruś, oczywiście, dopóki nie zamkną granic.

środa, 24 marca 2010

Na początek czymś trzeba zacząć... niech będzie Madonna


16 sierpnia 2009


Witam wszystkich czytelników!


Miło mi, że pomimo skromnych początków trafili Państwo na mój blog. Mam nadzieję, że będzie on początkiem mojej, całkiem poważnej, choć amatorskiej działalności prasowej. Będzie mi jeszcze milej, jeśli postanowicie przeczytać mój następny artykuł po lekturze pierwszego. Liczę na rosnące grono czytelników i komentarze. Będę na nie odpowiadał, jeśli tylko będę w stanie.


Na początek, by zacząć już całkiem merytorycznie, chciałbym odnieść się do tematu "na czasie", choć dość wakacyjnego - mianowicie koncertu pani o pseudonimie Madonna, który, zdaje się, właśnie odbywa się lub nawet już odbył w Warszawie. Wokół tego koncertu powstało sporo szumu związanego z protestami pewnych tzw. środowisk katolickich, żądających zakazania Madonnie koncertowania w święto regijne. Choć sam uważam się za katolika, to jednak protestów tych nie popieram, pomimo iż jestem przekonany, iż po pierwsze data 15. sierpnia została celowo wymyślona przez marketingowców Madonny na koncert w Polsce a po drugie wcale nie jestem fanem tej podobno "gwiazdy". Myślę, ze marketingowcy Madonny byliby bardzo zawiedzeni, gdyby nikt nie podchwycił tematu koncertu 15 sierpnia. W końcu skandale to filar popularności tej pani.
Ja jednak opowiadam się za sprowadzeniem tego problemu do jednego, prostego pytania: czy w Polsce istnieje prawny zakaz organizacji koncertów muzycznych w święta państwowe lub religijne? Ja o takim nie słyszałem, ale mogę się mylić. Jeśli istnieje, to proszę o komentarz.
Jeśli natomiast takiego zakazu nie ma, to pani Madonna ma święte prawo koncertować w Warszawie, niezależnie od tego czy komuś się to podoba czy nie. Oczywiście, pewnie prezydent Warszawy mógłby użyć rozmaitych sztuczek prawnych, by jednak do koncertu nie doszło, takich, jak poprzedni prezydent używał, by nie doszło do manifestacji homoseksualistów, jednak byłoby to w oczywisty sposób sprzeczne z duchem prawa. W ogóle dlaczego prezydent ma mieć taką, całkiem sporą przecież, władzę zakazywania legalnych działań według swoich arbitralnych decyzji. Jest to przecież sytuacja chora, nie mówiąc o tym, że korupcjogenna. Lepiej niech sytuację tą regulują przepisy prawa, a prezydent po prostu ma je wykonywać.
Dlatego też, uważam protesty przeciwko koncertowi za zupełnie bezcelowe, gdyż nie można zakazać czegoś, co jest prawnie dozwolone.
Inną sprawą jest czy takie koncerty powinny się odbywać w przyszłości. Tutaj pole do dyskusji jest i oczywiście nie protestowałbym, gdyby powstał, legalnie uchwalony zakaz z odpowiednim vacatio legis. Jednak jego również bym nie popierał. Z jakiego powodu katolicy mieliby w dniu 15. sierpnia komuś coś zakazywać? Data w kalendarzu nie może być niczyją własnością. To, że wybieram się w tym dniu do kościoła, nie powinno być przyczyną tego, iż ktoś inny nie uda się w tym dniu na koncert. Właściwą reakcją środowisk katolickich na to, powinien być brak reakcji. Każdy niech postępuje w zgodzie z własnym sumieniem. Tylko wtedy sztabowcy Madonny zaczną się zastanawiać, czy czasem organizacja koncertu w święto religijne nie zmniejszy potencjalnej liczby widzów o tych, którym sumienie zabroni iść na koncert w święŧo. Po prostu - nie dajmy się sprowokować. I już.

Ludzkim głosem...

Witam wszystkich!!!
Zaczynam blogowanie na tematy społeczne na blogger.com. Na początku przenoszę moje wpisy z mojego dawnego blogu na Onecie, jako, że zakończyłem współpracę z tamtym serwisem. Mam nadzieję, że uda mi się tutaj zdobyć popularność. Postaram się blogować regularnie, co nie udawało mi się w poprzednim serwisie ze względu na nawał obowiązków zawodowych.
Nowych czytelników zachęcam do lektury poprzednich wpisów. Być może nie są zbyt aktualne, ale pozwolą sobie wyrobić zdanie na temat mojego światopoglądu a co za tym idzie, czy warto tu zaglądać. Mam nadzieję, że tak :-). Nowe wpisy pojawią się wkrótce.