Motto

Wyjaśnienia powinny być tak proste jak jest to możliwe, ale nie prostsze.
Albert Einstein

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej

Na pewnym forum politycznym, ktoś zaproponował nominacje do kategorii "Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej". Kandydatury były różne. Ja ze swojej strony zaproponowałem naszego ministra finansów i w charakterze uzasadnienia stworzyłem następującą jego charakterystykę:



Jan Vincent-Rostowski.

Z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie jest wcale takie pewne jak się nawet nazywa. Oficjalne źródła podają Jan Vincent-Rostowski, lecz na co dzień posługuje się imieniem Jacek i pomija Vincent.
Czy zatem w tej sytuacji mogą dziwić nieporozumienia związane z wykształceniem? Rozmaici usłużni tytułują go profesorem. Jednak jego tytuł profesorski niczym w zasadzie nie różni się od sławnego "panie psorze" jakim licealiści, nie wiadomo dlaczego, tytułują swoich nauczycieli. Dostał go jako dekorację od pewnej węgierskiej uczelni należącej do spekulanckiego guru - George'a Sorosa. Formalnie pan Jan Vincent-Rostowski ukończył University College London gdzie zdobył tytuł Master of Arts oraz London School of Economics, gdzie otrzymał tytuł Master of Science. Oba są odpowiednikami polskiego tytułu magistra. Zatem tytułowanie pana Vincenta-Rostowskiego tytułem profesora ma słabe uzasadnienie.
No ale dosyć uszczypliwości. Zastanówmy się nad osiągnięciami pana magistra ministra. Pierwsze, jakie przychodzi mi na myśl, to nadanie nowego tempa przyrostowi długu publicznego w Polsce. Trzeba przyznać, że tempo 3000 zł na sekundę robi wrażenie.
Nic nie ujmując poprzednim ministrom, którzy także przyłożyli swoją rękę do dzisiejszego gigantycznego rozmiaru długu, pan Vincent-Rostowski, jak przystało na absolwenta prestiżowej londyńskiej uczelni, zdeklasował swoich poprzedników. W czasie gdy obejmował urząd, dług wynosił nieco ponad 500 miliardów złotych. Dziś, formalnie, jest to już prawie 800 miliardów, tak więc w ciągu 3 lat pan minister zwiększył go o ponad 50%. Daje to jakieś 20000 zł na obywatela (włączając w to emerytów i dzieci).
Piszę, formalnie, gdyż w tym miejscu dochodzimy do kolejnego osiągnięcia pana profesora. Jak już wcześniej wspomniałem, z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo zatem również, ile właściwie tego długu nasze państwo ma. Nie jest pewne czy wie to nawet pan minister. Wie za to na pewno, jak przy użyciu metod księgowości kreatywnej skutecznie maskować jego wysokość. Myślę, że poważne szanse na przejście do historii finansów ma jego zabieg mający na celu wyłączenie z liczenia długu zobowiązań wobec przyszłych emerytów, jednocześnie przejmując większość tych zobowiązań od tzw. Otwartych Funduszy Emerytualnych.
Pan Vincent-Rostowski nie może się powstydzić również swojej polityki podatkowej. Będąc członkiem partii, która ma wpisane do programu obniżanie podatków, osobiście skrytykował poprzednią ekipę za obniżenie podatków i składki rentowej (będącej de facto podatkiem) po czym znienacka... podwyższył VAT. Takie interpretacje programowe mogą być bez wątpienia jedynie dziełem jednostek “wybitnych”.
Na uwagę zasługują wypowiedzi pana ministra dotyczące strefy euro. W zasadzie jest i zawsze był za. Ale w obliczu kryzysu jego wypowiedzi zaczęły trącić, takim jakimś lekkim pisiarstwem, w charakterze, że nie należy się tam spieszyć. I choć nawet w obliczu bankructwa strefy euro nie wyparł się on miłości do wspólnej waluty, to jednak trudno sobie dziś wyobrazić wejście Polski do tego towarzystwa idących na dno.
Wreszcie, spośród wielu innych zasług, należy wymienić próbę zamachu na NBP. Pomysł by dochody NBP włączyć do budżetu nie mógł się zrodzić w byle jakiej głowie. Ach, jak przypomnę sobie, jak cmokali różni tacy usłużni broniąc pana ministra przed tym, za co wcześniej atakowali Andrzeja Leppera, to aż nie mogę się nadziwić głębi argumentacji jaka temu towarzyszyła.
Patrzę na wszystko to, co właśnie jednym “tchem” napisałem i na usta ciśnie się pytanie. Czy pominięcie pana ministra Vincenta-Rostowskiego w kategorii Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej nie będzie dla niego bardzo krzywdzące?

wtorek, 25 stycznia 2011

Państwo socjalne

Wszystkim pracującym miłośnikom państwa socjalnego polecam do poduszki poniższy tekst:

Wyznanie bezrobotnego: dlaczego nie warto iść do roboty za 2 tys. zł na rękę? - Strefa Biznesu, Gazeta Pomorska - lokalny portal przedsiębiorców


z pewnością będzie im się lepiej spało ze świadomością, że ich podatki są właściwie pożytkowane.


Komentarz wydaje mi się tu zbędny.

niedziela, 16 stycznia 2011

Koniec już bliski

Mówią, że ryba psuje się od głowy i coś w tym jest. W Polsce głowa jest już w stanie daleko posuniętego rozkładu o czym świadczy szopka smoleńska.
O tym, jak będzie wyglądał raport MAK można było się domyślić już w momencie gry rządy Polski i Rosji porozumiały się co do uznania Konwencji Chicagowskiej za podstawę prawną do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Konwencja Chicagowska ma tą zaletę, że jej treść jest publicznie dostępna. Jej artykuł 3 podpunkt a stanowi na ten przykład jak byk:



"Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś
do statków powietrznych państwowych."


Uznanie jej zatem jako podstawy prawnej do badania wojskowego samolotu państwowego powinno znaleźć się wysoko w rankingu kreatywnej interpretacji aktów prawnych.
Niestety, nigdzie nie mogę znaleźć treści polsko-rosyjskiego porozumienia z 7 lipca 1993 roku, które powinno być bardziej odpowiednie jako podstawa prawna dla badania katastrofy samolotu państwowego. Przetrząsnąłem dzienniki urzędowe i nic. Oczywiście, nie dopuszczam do siebie myśli, że tego dokumentu nie ma tam w wyniku zamierzonego działania. Zapewne ja nie jestem w stanie go znaleźć, lub nie ma go tam przez przypadek.
Zastanawiam się tylko, czy święte oburzenie pana premiera Tuska to efekt jego głupoty, gdyż nie był w stanie przewidzieć jak historia z raportem MAK się skończy, czy też efekt kolejnej cynicznej gry mającej na celu podbicie słupków sondażowych.
W zasadzie ustalenia MAK w kwestii organizacji wizyty prezydenta, lotu, bałaganu organizacyjnego w pułku itd., nawet jeśli są niepełne, powinny już w tej postaci poskutkować podaniem się rządu, który za to wszystko odpowiada, do dymisji. Chyba nikt nie wątpi, że za stan pułku odpowiada MON a za organizację wizyt MSZ. Święte oburzenie zatem pełni dwie funkcje. Po pierwsze, stwarza pozory sprzeciwu państwa polskiego wobec przesądzonego już kształtu raportu MAK. Po drugie, odrywa publikę od spraw naprawdę istotnych a taką jest kryzys finansów państwa polskiego.
Niestety, już nawet takiemu szpecowi od kreatywnej księgowości jak pan magister minister Rostowski, trudno już maskować faktyczny rozmiar długu i deficytu. Wprawdzie pan magister minister zapewnia, że w przyszłym roku będzie lepiej a za dwa lata to już w ogóle full wypas, ale wszyscy pamiętamy chyba ile słowa pana magistra ministra znaczą. Miał on zawsze tendencje do zaniżani powagi sytuacji w kwestiach finansów państwa i to się raczej nie zmieniło.
Zatem my tu gadu-gadu o tupolewach a bankructwo państwa zbliża się wielkimi krokami. Na szczęście tym bankructwem to chyba nikt się specjalnie nie przejmie, bo kto by się tam przejmował bankructwem państwa, które nie potrafi nawet wyjaśnić przyczyny śmierci swojego prezydenta. Po prostu, wierzyciele wezmą sobie swój dług w naturze odłączając po kawałku polskie terytoria i zostaniemy gdzieś tak w granicach Kraju Nadwiślańskiego, który i tak pewnie dosyć szybko stanie się czyimś państwem satelickim. A czyim? To już nawet nie będzie od nas zależeć.

piątek, 14 stycznia 2011

"sensacyjny" transfer Palikota


Normalnie, ani Palikot, ani Tymochowicz nie jest wart nawet minuty mojej uwagi, ale chciałem wtrącić tylko krótką dygresję. Profesjonalista od politycznego PR-u normalnie zajmuje się politycznym PR-em a nie polityką i działa w cieniu tych, których kreuje. Wejście pana Tymochowicza do polityki może znaczyć, że albo przestał być profesjonalistą, albo że zaczyna brakować mu klientów, być może są lepsi od niego i dlatego próbuje zająć się czymś innym. Jedno jest pewne. Tym ruchem pan Tymochowicz jako specjalista od PR-u jest skończony. Tak samo jak pan Migalski wstąpieniem do PiS skończył się jako politolog. Co dalej zrobi? Jego broszka. Ja co najwyżej mogę to skwitować uśmiechem politowania.

wtorek, 11 stycznia 2011

Fotoradary

O zmianie prawa drogowego pisano już od kilku miesięcy. Ze zmian na lepsze - miały zniknąć atrapy fotoradarów. Wszyscy sobie zapewne, wówczas pomyśleli, że teraz, widząc puszkę, będziemy pewni, że jest w niej fotoradar. I tu się znowu pomyliliśmy. Nie wgłębiałem się w szczegóły ustawy, jednak opublikowany w Fakcie artykuł o puszkach na fotoradary w Łodzi nie pozostawia złudzeń:
"W województwie mamy 120 masztów na fotoradary. W Łodzi takich miejsc jest 9 . Nie mamy żadnej atrapy, więc żaden z masztów nie będzie zlikwidowany. Wszystkie są przystosowane do montażu radaru – mówi Grzegorz Wawryszuk z KWP w Łodzi."
Zatem widzimy, że miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle. Nie wiem, czy to kolejny bubel, czy zamierzone działanie, ale widać jak na dłoni - wystarczy, że puszka jest przystosowana do montażu radaru, a już może spokojnie, w świetle obowiązującego prawa, funkcjonować jako atrapa. Proste jak drut. Można by pokusić się o dalsze interpretacje, że ta lipa z niby-likwidowaniem atrap miała za zadanie wzbudzić u społeczeństwa zachwyt ekipą rządzącą i odwrócić uwagę od innych ciekawych aspektów zmian w prawie drogowym: a to podwyższeniu mandatów (np. kierowca, którego szlag trafił, gdy po raz czwarty przejeżdża obok miejsca docelowego podróży i nie ma gdzie zaparkować, w związku z czym stanął na trawniku, zapłaci stówę), a to łapaniu nas na radar z pokładu helikoptera. Dajmy jednak im spokój. Rząd jest przecież tak zarobiony, że przez pół roku nie zdążył uchwalić przepisów wykonawczych do ustawy - w tym taryfikatorów.
Nie wiem zresztą, dlaczego stosowanie atrap miałoby być czymś złym. Uważam, że w miejscach szczególnie niebezpiecznych dobrze ustawiona atrapa może przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa. Nie każmy jednak kierowcom jechać 40 tylko po to, by paru oficjeli mogło sobie urządzić popijawę na koszt kierowców, tak jak działo się to podobno w Kobylnicy.