Jan Vincent-Rostowski.
Z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie jest wcale takie pewne jak się nawet nazywa. Oficjalne źródła podają Jan Vincent-Rostowski, lecz na co dzień posługuje się imieniem Jacek i pomija Vincent.
Czy zatem w tej sytuacji mogą dziwić nieporozumienia związane z wykształceniem? Rozmaici usłużni tytułują go profesorem. Jednak jego tytuł profesorski niczym w zasadzie nie różni się od sławnego "panie psorze" jakim licealiści, nie wiadomo dlaczego, tytułują swoich nauczycieli. Dostał go jako dekorację od pewnej węgierskiej uczelni należącej do spekulanckiego guru - George'a Sorosa. Formalnie pan Jan Vincent-Rostowski ukończył University College London gdzie zdobył tytuł Master of Arts oraz London School of Economics, gdzie otrzymał tytuł Master of Science. Oba są odpowiednikami polskiego tytułu magistra. Zatem tytułowanie pana Vincenta-Rostowskiego tytułem profesora ma słabe uzasadnienie.
No ale dosyć uszczypliwości. Zastanówmy się nad osiągnięciami pana magistra ministra. Pierwsze, jakie przychodzi mi na myśl, to nadanie nowego tempa przyrostowi długu publicznego w Polsce. Trzeba przyznać, że tempo 3000 zł na sekundę robi wrażenie.
Nic nie ujmując poprzednim ministrom, którzy także przyłożyli swoją rękę do dzisiejszego gigantycznego rozmiaru długu, pan Vincent-Rostowski, jak przystało na absolwenta prestiżowej londyńskiej uczelni, zdeklasował swoich poprzedników. W czasie gdy obejmował urząd, dług wynosił nieco ponad 500 miliardów złotych. Dziś, formalnie, jest to już prawie 800 miliardów, tak więc w ciągu 3 lat pan minister zwiększył go o ponad 50%. Daje to jakieś 20000 zł na obywatela (włączając w to emerytów i dzieci).
Piszę, formalnie, gdyż w tym miejscu dochodzimy do kolejnego osiągnięcia pana profesora. Jak już wcześniej wspomniałem, z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo zatem również, ile właściwie tego długu nasze państwo ma. Nie jest pewne czy wie to nawet pan minister. Wie za to na pewno, jak przy użyciu metod księgowości kreatywnej skutecznie maskować jego wysokość. Myślę, że poważne szanse na przejście do historii finansów ma jego zabieg mający na celu wyłączenie z liczenia długu zobowiązań wobec przyszłych emerytów, jednocześnie przejmując większość tych zobowiązań od tzw. Otwartych Funduszy Emerytualnych.
Pan Vincent-Rostowski nie może się powstydzić również swojej polityki podatkowej. Będąc członkiem partii, która ma wpisane do programu obniżanie podatków, osobiście skrytykował poprzednią ekipę za obniżenie podatków i składki rentowej (będącej de facto podatkiem) po czym znienacka... podwyższył VAT. Takie interpretacje programowe mogą być bez wątpienia jedynie dziełem jednostek “wybitnych”.
Na uwagę zasługują wypowiedzi pana ministra dotyczące strefy euro. W zasadzie jest i zawsze był za. Ale w obliczu kryzysu jego wypowiedzi zaczęły trącić, takim jakimś lekkim pisiarstwem, w charakterze, że nie należy się tam spieszyć. I choć nawet w obliczu bankructwa strefy euro nie wyparł się on miłości do wspólnej waluty, to jednak trudno sobie dziś wyobrazić wejście Polski do tego towarzystwa idących na dno.
Wreszcie, spośród wielu innych zasług, należy wymienić próbę zamachu na NBP. Pomysł by dochody NBP włączyć do budżetu nie mógł się zrodzić w byle jakiej głowie. Ach, jak przypomnę sobie, jak cmokali różni tacy usłużni broniąc pana ministra przed tym, za co wcześniej atakowali Andrzeja Leppera, to aż nie mogę się nadziwić głębi argumentacji jaka temu towarzyszyła.
Patrzę na wszystko to, co właśnie jednym “tchem” napisałem i na usta ciśnie się pytanie. Czy pominięcie pana ministra Vincenta-Rostowskiego w kategorii Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej nie będzie dla niego bardzo krzywdzące?
Z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie jest wcale takie pewne jak się nawet nazywa. Oficjalne źródła podają Jan Vincent-Rostowski, lecz na co dzień posługuje się imieniem Jacek i pomija Vincent.
Czy zatem w tej sytuacji mogą dziwić nieporozumienia związane z wykształceniem? Rozmaici usłużni tytułują go profesorem. Jednak jego tytuł profesorski niczym w zasadzie nie różni się od sławnego "panie psorze" jakim licealiści, nie wiadomo dlaczego, tytułują swoich nauczycieli. Dostał go jako dekorację od pewnej węgierskiej uczelni należącej do spekulanckiego guru - George'a Sorosa. Formalnie pan Jan Vincent-Rostowski ukończył University College London gdzie zdobył tytuł Master of Arts oraz London School of Economics, gdzie otrzymał tytuł Master of Science. Oba są odpowiednikami polskiego tytułu magistra. Zatem tytułowanie pana Vincenta-Rostowskiego tytułem profesora ma słabe uzasadnienie.
No ale dosyć uszczypliwości. Zastanówmy się nad osiągnięciami pana magistra ministra. Pierwsze, jakie przychodzi mi na myśl, to nadanie nowego tempa przyrostowi długu publicznego w Polsce. Trzeba przyznać, że tempo 3000 zł na sekundę robi wrażenie.
Nic nie ujmując poprzednim ministrom, którzy także przyłożyli swoją rękę do dzisiejszego gigantycznego rozmiaru długu, pan Vincent-Rostowski, jak przystało na absolwenta prestiżowej londyńskiej uczelni, zdeklasował swoich poprzedników. W czasie gdy obejmował urząd, dług wynosił nieco ponad 500 miliardów złotych. Dziś, formalnie, jest to już prawie 800 miliardów, tak więc w ciągu 3 lat pan minister zwiększył go o ponad 50%. Daje to jakieś 20000 zł na obywatela (włączając w to emerytów i dzieci).
Piszę, formalnie, gdyż w tym miejscu dochodzimy do kolejnego osiągnięcia pana profesora. Jak już wcześniej wspomniałem, z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo zatem również, ile właściwie tego długu nasze państwo ma. Nie jest pewne czy wie to nawet pan minister. Wie za to na pewno, jak przy użyciu metod księgowości kreatywnej skutecznie maskować jego wysokość. Myślę, że poważne szanse na przejście do historii finansów ma jego zabieg mający na celu wyłączenie z liczenia długu zobowiązań wobec przyszłych emerytów, jednocześnie przejmując większość tych zobowiązań od tzw. Otwartych Funduszy Emerytualnych.
Pan Vincent-Rostowski nie może się powstydzić również swojej polityki podatkowej. Będąc członkiem partii, która ma wpisane do programu obniżanie podatków, osobiście skrytykował poprzednią ekipę za obniżenie podatków i składki rentowej (będącej de facto podatkiem) po czym znienacka... podwyższył VAT. Takie interpretacje programowe mogą być bez wątpienia jedynie dziełem jednostek “wybitnych”.
Na uwagę zasługują wypowiedzi pana ministra dotyczące strefy euro. W zasadzie jest i zawsze był za. Ale w obliczu kryzysu jego wypowiedzi zaczęły trącić, takim jakimś lekkim pisiarstwem, w charakterze, że nie należy się tam spieszyć. I choć nawet w obliczu bankructwa strefy euro nie wyparł się on miłości do wspólnej waluty, to jednak trudno sobie dziś wyobrazić wejście Polski do tego towarzystwa idących na dno.
Wreszcie, spośród wielu innych zasług, należy wymienić próbę zamachu na NBP. Pomysł by dochody NBP włączyć do budżetu nie mógł się zrodzić w byle jakiej głowie. Ach, jak przypomnę sobie, jak cmokali różni tacy usłużni broniąc pana ministra przed tym, za co wcześniej atakowali Andrzeja Leppera, to aż nie mogę się nadziwić głębi argumentacji jaka temu towarzyszyła.
Patrzę na wszystko to, co właśnie jednym “tchem” napisałem i na usta ciśnie się pytanie. Czy pominięcie pana ministra Vincenta-Rostowskiego w kategorii Szaleńcy Polskiej Sceny Politycznej nie będzie dla niego bardzo krzywdzące?