17 października 2009
Pan Rafał Ziemkiewicz publikuje wywiad z anonimowym pracownikiem "Wyborczej".
Dla mnie nic nowego, ale warto by przeczytali to ludzie mający jeszcze jakieś złudzenia co do tej gazety.
czwartek, 25 marca 2010
Trybunał Stanu dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego
10 października 2009
Niniejszym apeluję do członków Zgromadzenia Narodowego o postawienie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu za złamanie art. 126 p. 2. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej brzmiącego:
"Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium."
Prezydent Lech Kaczyński, podpisując Traktat Lizboński zgodził się na znaczące ograniczenie suwerenności państwa, której według wyżej wymienionego artykułu, powinien strzec. Być może i nie mógł zapobiec jego ratyfikacji, ale z pewnością nie wykorzystał wszystkich możliwości by tego przynajmniej spróbować. Mógł przecież złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności Traktatu (co do której wielu konstytucjonalistów ma poważne wątpliwości) jak również zawetować ustawę ratyfikacyjną. Nie zrobił tego. Łamanie prawa przez zwykłego obywatela traktowane jest jako czyn naganny. Trudno zatem sobie wyobrazić bardziej naganny czyn niż łamanie najwyższego prawa państwowego przez głowę państwa.
Niniejszym apeluję do członków Zgromadzenia Narodowego o postawienie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu za złamanie art. 126 p. 2. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej brzmiącego:
"Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium."
Prezydent Lech Kaczyński, podpisując Traktat Lizboński zgodził się na znaczące ograniczenie suwerenności państwa, której według wyżej wymienionego artykułu, powinien strzec. Być może i nie mógł zapobiec jego ratyfikacji, ale z pewnością nie wykorzystał wszystkich możliwości by tego przynajmniej spróbować. Mógł przecież złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności Traktatu (co do której wielu konstytucjonalistów ma poważne wątpliwości) jak również zawetować ustawę ratyfikacyjną. Nie zrobił tego. Łamanie prawa przez zwykłego obywatela traktowane jest jako czyn naganny. Trudno zatem sobie wyobrazić bardziej naganny czyn niż łamanie najwyższego prawa państwowego przez głowę państwa.
Afera hazardowa
02 października 2009
Media ostanio wstrząsnęła informacja o tzw. aferze hazardowej. Nie wątpię iż panowie Chlebowski i Drzewiecki umoczyli się w czymś brzydkim, ale przyznam szczerze, że w doniesieniach prasowych zabrakło mi informacji czy CBA ustaliła, że mieli oni coś za lobbowanie, za korzystnymi dla hazardowych biznesmenów zapisami. Jeżeli nie, to moim zdaniem, choć sprawa śmierdzi na kilometr, nie jest możliwe postawienie panom posłom żadnych zarzutów. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, że każda ustawa potencjalnie niekorzystna dla budżetu państwa ma charakter korupcyjny. A przecież przeważnie zależność jest taka, że im mniej pieniędzy wpłynie do budżetu, tym ich więcej będzie w kieszeniach obywateli, zatem z punktu widzenia obywatela ustawy godzące w budżet są korzystne. Nawet jeśli wskutek tej ustawy zarobić miałby właściciel szulerni, to przecież on nie będzie sobie banknotami tapetował ścian, tylko zaraz je wyda. Postawi dom - zarobią murarze, kupi nowe meble - zarobi stolarz, itd. Oczywiście, jeżeli posłowie dostali za swe zaangażowanie jakieś korzyści, to jest to kryminał, ale trzeba to udowodnić. Nie wyklucza to poniesienia odpowiedzialności politycznej, jednak co innego odpowiedzialność polityczna a co innego odpowiedzialność karna. Być może trochę światła na sprawę rzucą odtajnione materiały CBA. Zobaczymy.
Media ostanio wstrząsnęła informacja o tzw. aferze hazardowej. Nie wątpię iż panowie Chlebowski i Drzewiecki umoczyli się w czymś brzydkim, ale przyznam szczerze, że w doniesieniach prasowych zabrakło mi informacji czy CBA ustaliła, że mieli oni coś za lobbowanie, za korzystnymi dla hazardowych biznesmenów zapisami. Jeżeli nie, to moim zdaniem, choć sprawa śmierdzi na kilometr, nie jest możliwe postawienie panom posłom żadnych zarzutów. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, że każda ustawa potencjalnie niekorzystna dla budżetu państwa ma charakter korupcyjny. A przecież przeważnie zależność jest taka, że im mniej pieniędzy wpłynie do budżetu, tym ich więcej będzie w kieszeniach obywateli, zatem z punktu widzenia obywatela ustawy godzące w budżet są korzystne. Nawet jeśli wskutek tej ustawy zarobić miałby właściciel szulerni, to przecież on nie będzie sobie banknotami tapetował ścian, tylko zaraz je wyda. Postawi dom - zarobią murarze, kupi nowe meble - zarobi stolarz, itd. Oczywiście, jeżeli posłowie dostali za swe zaangażowanie jakieś korzyści, to jest to kryminał, ale trzeba to udowodnić. Nie wyklucza to poniesienia odpowiedzialności politycznej, jednak co innego odpowiedzialność polityczna a co innego odpowiedzialność karna. Być może trochę światła na sprawę rzucą odtajnione materiały CBA. Zobaczymy.
Oburzenie w sprawie remizy
30 września 2009
Obejrzałem dzisiaj materiał z Łódzkich Wiadomości Dnia i po obejrzeniu mam tylko jedno pytanie: o co chodzi?
Dla czytelników, którym nie chciało się bądź nie mieli czasu oglądać przydługiego materiału. Rzecz jest o starym budynku remizy łódzkiej straży pożarnej, który przez lata niszczał i który w ostatnim czasie został wykupiony przez prywatnego inwestora. Inwestor ten, zgodnie z prawem, przystąpił do jego rozbiórki, chcąc w tym miejscu wybudować inny, bliżej nieokreślony budynek. Kiedy to zrobił, podniosła się afera, bo nagle okazało się, że okoliczni mieszkańcy do budynku mają stosunek sentymentalny i że jest on według jakiejś klasyfikacji zabytkiem.
Przez lata niszczał budynek, ktoś go kupił i teraz chce wybudować, być może coś fajnego, więc powinniśmy się chyba cieszyć a nie martwić. Przyznam szczerze, że nigdy tej remizy nie widziałem i nie mam do niej żadnego stosunku, tym bardziej sentymentalnego. Jest mi więc dokładnie obojętne czy ona tam będzie stała czy ktoś ją wyburzy i zdania swojego nie zmienię, ponieważ ktoś w telewizji powiedział, że to jest zabytek i parę osób ma do niego stosunek sentymentalny. Jeżeli takich osób jest mało, to nie widzę powodu, by miasto miało się interesować budynkiem, do którego kilka osób ma stosunek sentymentalny. Ja też mam do kilku rzeczy stosunek sentymentalny, ale żadnego miasta to nie interesuje. Jeżeli natomiast takich osób jest dużo, to dlaczego w ciągu tych długich lat, przez które budynek niszczał, nie założyli Stowarzyszenia Miłośników Łódzkiej Remizy, nie zrobili zrzutki pieniędzy, nie przeprowadzili zbiórek, nie znaleźli sponsorów, nie wykupili remizy i nie zaczęli po prostu o nią dbać? Dlaczego wszyscy się oglądają na władze miejskie?
Napiszę Wam dlaczego. Bo większość ludzi ma los tej remizy totalnie w nosie i tylko kiedy usłyszą w telewizji, że ktoś ją rozbiera, to strzelają focha by nie wyjść na ignorantów i oburzają się na władze a za 5 minut zajmują się swoimi sprawami i zapominają o tym co przed chwilą usłyszeli. A jak za pół roku powstanie w tym miejscu market to chętnie udadzą się tam na zakupy.
Skandalem byłoby, gdyby prywatny inwestor kupił legalnie budynek, zaczął legalną rozbiórkę i nagle jakiś urzędnik zmusiłby go do zaprzestania. O! To byłby skandal. Ktoś zainwestował swoje pieniądze i nagle jakiś urzędnik staje mu na drodze.
Dlatego, ludzie. Nie dajmy się zwariować. Nie zaprzątajmy sobie głowy jakimiś remizami, o których już dawno wszyscy zapomnieli. Jak dla mnie to większość zabytków powinna zostać sprzedanych a nie wykupywanych. Ludzie dobrze wiedzą co im się podoba i jak chcą by ich budynki wyglądały. Jeżeli jakiemuś właścicielowi nie podoba się secesja to nie zmuszajmy go do tego by jego budynek był secesyjny. Uznawany za perłę architektury Paryż, był w swojej historii kilkakrotnie całkowicie przebudowywany i w czasie tych renowacji na pewno zniszczono ogromne ilości bezcennych zabytków (a przynajmniej takich, które byłyby chronione przez konserwatorów zabytków, gdyby istnieli).
Gdyby w XIX wieku w Paryżu istnieli konserwatorzy zabytków, to wieża Eiffela pewnie nigdy by nie powstała, no chyba, że pan Gustaw Eiffel dysponowałby budżetem pozwalającym wręczyć im odpowiednie łapówki.
Podobna do tej sprawy jest sprawa restauracji Chłopska Izba na przeciwko Grand Hotelu, która już kilkakrotnie była obsmarowywana w Wyborczej czy też w Metrze - nie pamiętam. Otóż temu całkiem schludnemu lokalowi, w którym zresztą świetnie gotują (stołowałem się), zarzucano, że... szpeci Piotrkowską!!! Kiedy to usłyszałem, to szczęka mi opadła. Gdyby szpecił, to nikt by tam nie chodził a ja, gdy tamtędy przechodzę, to nigdy nie widzę pustek.
To tyle co mam do napisania. W sumie, to los tej remizy mało mnie obchodzi, nie podobają mi się tylko podsuwane pomysły by wydawać na nią jakąś publiczną kasę z naszych podatków (pracuję w Łodzi i często robię zakupy, więc też mam w budżecie miasta swój udział). Jak ktoś czuje do remizy stosunek sentymentalny, to niech robi zrzutkę wśród sobie podobnych i niech ją odkupi od właściciela. Ja się dokładać nie zamierzam.
O jabłkach i nowoczesności
03 września 2009
Pamiętam, jak będąc jeszcze w szkole podstawowej, mama przed wyjściem szykowała mi kanapki. Zawsze dorzucała do nich jabłko, gruszkę czy jakiś inny owoc, akurat dostępny na rynku, czasem marchewkę (nb. której przynależność do kategorii warzywa lub owoce na terenie Unii Europejskiej nie jest taka oczywista jakby się wydawało). Podobny zestaw przynosiła do szkoły większość moich koleżanek i kolegów "z ławki". Z czasem, gdyż część czasu mojej edukacji przypadała na lata tzw. komuny, pojawiły się pomarańcze, banany, mandarynki. Nigdy mi jednak nawet przez myśl nie przyszło, by rzecz tak oczywista mogła być przedmiotem problemów urzędowych, politycznych, edukacyjnych, organizacyjnych i kto wie jakich jeszcze, wysokiego i niskiego szczebla. Po prostu, na jednej przerwie jadło się kanapki, na innej jabłko i do obiadu się przetrwało.
Jadąc ostatnio do pracy, usłyszałem w wiadomościach jednej ze stacji radiowych o polskich problemach unijnego programu "Owoce w szkole". Sam fakt istnienia takiego programu budzi we mnie niemałe zdziwienie, gdyż zawsze mi się wydawało, że dla przeciętnego obywatela wycieczka na rynek lub do warzywniaka i zakup kilograma jabłek nie stanowi większego problemu a jabłko nie dociąża tornistra w istotny sposób. No ale okazuje się, że tak było w socjalistycznym PRL. W "nowoczesnym" państwie zrzeszonym w Unii Europejskiej robi się to inaczej. Najpierw musi odbyć się debata na wysokim szczeblu Parlamentu Europejskiego, gdzie szanowne panie europosłanki i szanowni panowie europosłowie problem muszą omówić, oczywiście inkasując za to "trochę" grosza i ustalić, że dzieci w szkole powinny jeść owoce. Taka jakby we wszystkich krajach Unii dzieci miały takie samo zapotrzebowanie pokarmowe na owoce, które oczywiście jest niezależne od klimatu, uwarunkowań genetycznych i trybu życia (nb. w Grenlandii Eskimosi przez wieki nie jadali żadnych owoców, bo niby skąd, i jakoś przeżywali). Potem sprawa musi przejść zapewne przez parę innych unijnych instytucji, poleżeć u każdego urzędnika trochę na biurku, oczywiście każdy z nich zainkasuje za to "trochę" grosza. W końcu zajmują się nią władze państwowe, które stwierdzają, że dzieci w szkole powinny jeść owoce i ponieważ ci straszni rodzice tylko im wpychają chipsy i colę to państwo musi im te owoce do szkoły dostarczyć.
W ogóle tak się jakoś w tej naszej Unii utarło, że rodzice to tylko dzieci katują, gwałcą, dręczą psychicznie, topią, mordują i kiszą w beczkach po kapuście a jeżeli tego nie robią, to na pewno są albo za starzy, albo za biedni, albo mają zbyt brudno w domu, by je wychowywać. Wyjątkiem są oczywiście "rodzice" homoseksualni, którzy o dzieci się troszczą jak nikt inny. No ale skoro "rodziców" homoseksualnych jest zbyt mało, by mogli się zająć wszystkimi dziećmi, bo nawet według mocno zawyżonych szacunków rozmaitych organizacji homoseksualnych, homoseksualistów jest tylko ok. 10%, to państwo musi ze swojej strony zapewnić opiekę tym biednym dzieciom i do tego celu powołuje tzw. pracowników socjalnych, których zadaniem jest chronić biedne dzieci, przed okrucieństwem rodziców i w skrajnych przypadkach, takich jak np. bałagan w domu, im je odbierać.
Wracając do tematu, oczywiście dzieciom trzeba dostarczyć owoce do szkoły. W tym celu należy oczywiście powołać do tego urzędników. I dalej się zaczynają schody. Jak usłyszałem w radiu, problemem jest w naszym kraju znalezienie dostawców jabłek. Wiadomo, przecież że u nas nie rosną. Jeżeli już jednak tych dostawców znajdziemy, to dyrektorzy szkół zwrócili uwagę na kwestię przechowywania tych owoców w szkołach. Nie każda ma gdzie. Za PRL w mojej szkole funkcjonowała stołówka, z której korzystałem, czasem nam też dorzucali jabłko jako bonus do obiadu i jakoś było gdzie te jabłka trzymać. Do sprawy, a jakże, wtrącił się też sanepid, który będzie przecież kontrolował czy jabłka są przechowywane w odpowiednich warunkach. No i problem. Oczywiście archaiczne rozwiązania z poprzedniej epoki są niedopuszczalne. Rodzice na pewno żałują swoim dzieciom na jabłka, a jeśli już kupią, to na pewno nie będą chodzili w tą i z powrotem po rynku by wybrać najładniejsze tylko kupią najgorsze "psiary". Co innego dostawcy do szkół, oni przywiozą na pewno najdorodniejsze sztuki, "psiary" wioząc na rynek, gdzie kupują rodzice, nie patrząc co.
No i tak nam życie płynie w tym naszym nowoczesnym, wolnym państwie. Czasem cena postępu jest spora i musimy włożyć wiele wysiłku by osiągnąć odpowiedni poziom rozwoju cywilizacyjnego. A żyjąc w zacofaniu, gdzie każdy nosił jabłka do szkoły w tornistrze, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owoce w szkole to wcale nie jest tak prosta sprawa, jak nam się wydawało.
Pamiętam, jak będąc jeszcze w szkole podstawowej, mama przed wyjściem szykowała mi kanapki. Zawsze dorzucała do nich jabłko, gruszkę czy jakiś inny owoc, akurat dostępny na rynku, czasem marchewkę (nb. której przynależność do kategorii warzywa lub owoce na terenie Unii Europejskiej nie jest taka oczywista jakby się wydawało). Podobny zestaw przynosiła do szkoły większość moich koleżanek i kolegów "z ławki". Z czasem, gdyż część czasu mojej edukacji przypadała na lata tzw. komuny, pojawiły się pomarańcze, banany, mandarynki. Nigdy mi jednak nawet przez myśl nie przyszło, by rzecz tak oczywista mogła być przedmiotem problemów urzędowych, politycznych, edukacyjnych, organizacyjnych i kto wie jakich jeszcze, wysokiego i niskiego szczebla. Po prostu, na jednej przerwie jadło się kanapki, na innej jabłko i do obiadu się przetrwało.
Jadąc ostatnio do pracy, usłyszałem w wiadomościach jednej ze stacji radiowych o polskich problemach unijnego programu "Owoce w szkole". Sam fakt istnienia takiego programu budzi we mnie niemałe zdziwienie, gdyż zawsze mi się wydawało, że dla przeciętnego obywatela wycieczka na rynek lub do warzywniaka i zakup kilograma jabłek nie stanowi większego problemu a jabłko nie dociąża tornistra w istotny sposób. No ale okazuje się, że tak było w socjalistycznym PRL. W "nowoczesnym" państwie zrzeszonym w Unii Europejskiej robi się to inaczej. Najpierw musi odbyć się debata na wysokim szczeblu Parlamentu Europejskiego, gdzie szanowne panie europosłanki i szanowni panowie europosłowie problem muszą omówić, oczywiście inkasując za to "trochę" grosza i ustalić, że dzieci w szkole powinny jeść owoce. Taka jakby we wszystkich krajach Unii dzieci miały takie samo zapotrzebowanie pokarmowe na owoce, które oczywiście jest niezależne od klimatu, uwarunkowań genetycznych i trybu życia (nb. w Grenlandii Eskimosi przez wieki nie jadali żadnych owoców, bo niby skąd, i jakoś przeżywali). Potem sprawa musi przejść zapewne przez parę innych unijnych instytucji, poleżeć u każdego urzędnika trochę na biurku, oczywiście każdy z nich zainkasuje za to "trochę" grosza. W końcu zajmują się nią władze państwowe, które stwierdzają, że dzieci w szkole powinny jeść owoce i ponieważ ci straszni rodzice tylko im wpychają chipsy i colę to państwo musi im te owoce do szkoły dostarczyć.
W ogóle tak się jakoś w tej naszej Unii utarło, że rodzice to tylko dzieci katują, gwałcą, dręczą psychicznie, topią, mordują i kiszą w beczkach po kapuście a jeżeli tego nie robią, to na pewno są albo za starzy, albo za biedni, albo mają zbyt brudno w domu, by je wychowywać. Wyjątkiem są oczywiście "rodzice" homoseksualni, którzy o dzieci się troszczą jak nikt inny. No ale skoro "rodziców" homoseksualnych jest zbyt mało, by mogli się zająć wszystkimi dziećmi, bo nawet według mocno zawyżonych szacunków rozmaitych organizacji homoseksualnych, homoseksualistów jest tylko ok. 10%, to państwo musi ze swojej strony zapewnić opiekę tym biednym dzieciom i do tego celu powołuje tzw. pracowników socjalnych, których zadaniem jest chronić biedne dzieci, przed okrucieństwem rodziców i w skrajnych przypadkach, takich jak np. bałagan w domu, im je odbierać.
Wracając do tematu, oczywiście dzieciom trzeba dostarczyć owoce do szkoły. W tym celu należy oczywiście powołać do tego urzędników. I dalej się zaczynają schody. Jak usłyszałem w radiu, problemem jest w naszym kraju znalezienie dostawców jabłek. Wiadomo, przecież że u nas nie rosną. Jeżeli już jednak tych dostawców znajdziemy, to dyrektorzy szkół zwrócili uwagę na kwestię przechowywania tych owoców w szkołach. Nie każda ma gdzie. Za PRL w mojej szkole funkcjonowała stołówka, z której korzystałem, czasem nam też dorzucali jabłko jako bonus do obiadu i jakoś było gdzie te jabłka trzymać. Do sprawy, a jakże, wtrącił się też sanepid, który będzie przecież kontrolował czy jabłka są przechowywane w odpowiednich warunkach. No i problem. Oczywiście archaiczne rozwiązania z poprzedniej epoki są niedopuszczalne. Rodzice na pewno żałują swoim dzieciom na jabłka, a jeśli już kupią, to na pewno nie będą chodzili w tą i z powrotem po rynku by wybrać najładniejsze tylko kupią najgorsze "psiary". Co innego dostawcy do szkół, oni przywiozą na pewno najdorodniejsze sztuki, "psiary" wioząc na rynek, gdzie kupują rodzice, nie patrząc co.
No i tak nam życie płynie w tym naszym nowoczesnym, wolnym państwie. Czasem cena postępu jest spora i musimy włożyć wiele wysiłku by osiągnąć odpowiedni poziom rozwoju cywilizacyjnego. A żyjąc w zacofaniu, gdzie każdy nosił jabłka do szkoły w tornistrze, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owoce w szkole to wcale nie jest tak prosta sprawa, jak nam się wydawało.
Tym razem na poważnie, czyli kto ich powstrzyma?
30 sierpnia 2009
Wyobraźcie sobie państwo, że odwiedza Was z zaskoczenia urzędnik państwowy, wskutek czego zastaje Was w kalesonach, znajduje gniazdko, z którego właśnie wyjęliście ładowarkę i jeszcze nie zdążyliście zabezpieczyć przed swoim kilkunastomiesięcznym dzieckiem, w zlewie znajduje kilka brudnych talerzy, których nie chciało się Państwu pozmywać po obiedzie i stwierdziliście, że pozmywacie razem z naczyniami po kolacji, na ławie w salonie znajduje długopis, którego skuwkę dziecko przecież może wchłonąć i się udusić a po wszystkim bada Was alkomatem i stwierdza, że jesteście pijani (fakt, wypiliście przed chwilą butelkę zimnego piwa, bo upał niemiłosierny, ale żeby od razu pijani?). Wskutek powyższych rzeczy, łapie dziecko, które natychmiast zaczyna płakać i informuje, że je zabiera, bo nie umiecie się nim zajmować. Po czym przyznaje je rodzinie zastępczej a rację przyznaje mu niezawisły sąd. Aha, bym zapomniał, urzędnik na odchodnym rzuca mimochodem, że matka dziecka, która właśnie przebywała w szpitalu dochodząc do siebie po komplikacjach po ciąży, została wysterylizowana a na pytanie kto na to wyraził zgodę, odpowiada, że przecież nikt nie musiał.
I co?
Nie gotuje się w Was? Jak zapewne wiecie taka sytuacja miała miejsce naprawdę, i nawet nie chodziło o żadne gniazdka czy skuwki, ale po prostu o to, że w domu jest brudno. Urzędnik państwowy zabrał rodzicom małą Różę, bo stwierdził, że w domu panuje nieporządek i wyrokiem swym potwierdził to niezawisły sąd. Po czym okazało się, że matka podczas porodu została wysterylizowana i nikt jej nie pytał o zgodę. Tym samym państwo Rzeczpospolita Polska, postawiło się na poziomie moralnym III Rzeszy Niemieckiej, w której odbierało się dzieci Polakom, by dać je rodzicom niemieckim i sterylizowało jednostki nieprzydatne. Szanowni państwo. Machina państwowa właśnie udowodniła, że z obywatelami może zrobić, co tylko jej się podoba. Nie jesteśmy już kwalifikowani do kategorii ludzi, lecz bydła. Oczywiście zaczęto od rodziny życiowo niezaradnej, mało inteligentnej i nieprzystosowanej, by obywateli stopniowo do tego przyzwyczajać.
Jeśli odbierają dzieci i sterylizują, to dlaczego za chwilę nie mieliby reaktywować obozów Auschwitz/Birkenau i np. Majdanek, po to by utylizować tam obywateli mających np. skrzywienia poglądowe i głosujących nie na tych co trzeba? A kto ich powstrzyma? Niewykluczone, że już wkrótce, kto żyw będzie stąd uciekał, choćby i na Białoruś, oczywiście, dopóki nie zamkną granic.
Wyobraźcie sobie państwo, że odwiedza Was z zaskoczenia urzędnik państwowy, wskutek czego zastaje Was w kalesonach, znajduje gniazdko, z którego właśnie wyjęliście ładowarkę i jeszcze nie zdążyliście zabezpieczyć przed swoim kilkunastomiesięcznym dzieckiem, w zlewie znajduje kilka brudnych talerzy, których nie chciało się Państwu pozmywać po obiedzie i stwierdziliście, że pozmywacie razem z naczyniami po kolacji, na ławie w salonie znajduje długopis, którego skuwkę dziecko przecież może wchłonąć i się udusić a po wszystkim bada Was alkomatem i stwierdza, że jesteście pijani (fakt, wypiliście przed chwilą butelkę zimnego piwa, bo upał niemiłosierny, ale żeby od razu pijani?). Wskutek powyższych rzeczy, łapie dziecko, które natychmiast zaczyna płakać i informuje, że je zabiera, bo nie umiecie się nim zajmować. Po czym przyznaje je rodzinie zastępczej a rację przyznaje mu niezawisły sąd. Aha, bym zapomniał, urzędnik na odchodnym rzuca mimochodem, że matka dziecka, która właśnie przebywała w szpitalu dochodząc do siebie po komplikacjach po ciąży, została wysterylizowana a na pytanie kto na to wyraził zgodę, odpowiada, że przecież nikt nie musiał.
I co?
Nie gotuje się w Was? Jak zapewne wiecie taka sytuacja miała miejsce naprawdę, i nawet nie chodziło o żadne gniazdka czy skuwki, ale po prostu o to, że w domu jest brudno. Urzędnik państwowy zabrał rodzicom małą Różę, bo stwierdził, że w domu panuje nieporządek i wyrokiem swym potwierdził to niezawisły sąd. Po czym okazało się, że matka podczas porodu została wysterylizowana i nikt jej nie pytał o zgodę. Tym samym państwo Rzeczpospolita Polska, postawiło się na poziomie moralnym III Rzeszy Niemieckiej, w której odbierało się dzieci Polakom, by dać je rodzicom niemieckim i sterylizowało jednostki nieprzydatne. Szanowni państwo. Machina państwowa właśnie udowodniła, że z obywatelami może zrobić, co tylko jej się podoba. Nie jesteśmy już kwalifikowani do kategorii ludzi, lecz bydła. Oczywiście zaczęto od rodziny życiowo niezaradnej, mało inteligentnej i nieprzystosowanej, by obywateli stopniowo do tego przyzwyczajać.
Jeśli odbierają dzieci i sterylizują, to dlaczego za chwilę nie mieliby reaktywować obozów Auschwitz/Birkenau i np. Majdanek, po to by utylizować tam obywateli mających np. skrzywienia poglądowe i głosujących nie na tych co trzeba? A kto ich powstrzyma? Niewykluczone, że już wkrótce, kto żyw będzie stąd uciekał, choćby i na Białoruś, oczywiście, dopóki nie zamkną granic.
środa, 24 marca 2010
Na początek czymś trzeba zacząć... niech będzie Madonna
16 sierpnia 2009
Witam wszystkich czytelników!
Miło mi, że pomimo skromnych początków trafili Państwo na mój blog. Mam nadzieję, że będzie on początkiem mojej, całkiem poważnej, choć amatorskiej działalności prasowej. Będzie mi jeszcze milej, jeśli postanowicie przeczytać mój następny artykuł po lekturze pierwszego. Liczę na rosnące grono czytelników i komentarze. Będę na nie odpowiadał, jeśli tylko będę w stanie.
Na początek, by zacząć już całkiem merytorycznie, chciałbym odnieść się do tematu "na czasie", choć dość wakacyjnego - mianowicie koncertu pani o pseudonimie Madonna, który, zdaje się, właśnie odbywa się lub nawet już odbył w Warszawie. Wokół tego koncertu powstało sporo szumu związanego z protestami pewnych tzw. środowisk katolickich, żądających zakazania Madonnie koncertowania w święto regijne. Choć sam uważam się za katolika, to jednak protestów tych nie popieram, pomimo iż jestem przekonany, iż po pierwsze data 15. sierpnia została celowo wymyślona przez marketingowców Madonny na koncert w Polsce a po drugie wcale nie jestem fanem tej podobno "gwiazdy". Myślę, ze marketingowcy Madonny byliby bardzo zawiedzeni, gdyby nikt nie podchwycił tematu koncertu 15 sierpnia. W końcu skandale to filar popularności tej pani.
Ja jednak opowiadam się za sprowadzeniem tego problemu do jednego, prostego pytania: czy w Polsce istnieje prawny zakaz organizacji koncertów muzycznych w święta państwowe lub religijne? Ja o takim nie słyszałem, ale mogę się mylić. Jeśli istnieje, to proszę o komentarz.
Jeśli natomiast takiego zakazu nie ma, to pani Madonna ma święte prawo koncertować w Warszawie, niezależnie od tego czy komuś się to podoba czy nie. Oczywiście, pewnie prezydent Warszawy mógłby użyć rozmaitych sztuczek prawnych, by jednak do koncertu nie doszło, takich, jak poprzedni prezydent używał, by nie doszło do manifestacji homoseksualistów, jednak byłoby to w oczywisty sposób sprzeczne z duchem prawa. W ogóle dlaczego prezydent ma mieć taką, całkiem sporą przecież, władzę zakazywania legalnych działań według swoich arbitralnych decyzji. Jest to przecież sytuacja chora, nie mówiąc o tym, że korupcjogenna. Lepiej niech sytuację tą regulują przepisy prawa, a prezydent po prostu ma je wykonywać.
Dlatego też, uważam protesty przeciwko koncertowi za zupełnie bezcelowe, gdyż nie można zakazać czegoś, co jest prawnie dozwolone.
Inną sprawą jest czy takie koncerty powinny się odbywać w przyszłości. Tutaj pole do dyskusji jest i oczywiście nie protestowałbym, gdyby powstał, legalnie uchwalony zakaz z odpowiednim vacatio legis. Jednak jego również bym nie popierał. Z jakiego powodu katolicy mieliby w dniu 15. sierpnia komuś coś zakazywać? Data w kalendarzu nie może być niczyją własnością. To, że wybieram się w tym dniu do kościoła, nie powinno być przyczyną tego, iż ktoś inny nie uda się w tym dniu na koncert. Właściwą reakcją środowisk katolickich na to, powinien być brak reakcji. Każdy niech postępuje w zgodzie z własnym sumieniem. Tylko wtedy sztabowcy Madonny zaczną się zastanawiać, czy czasem organizacja koncertu w święto religijne nie zmniejszy potencjalnej liczby widzów o tych, którym sumienie zabroni iść na koncert w święŧo. Po prostu - nie dajmy się sprowokować. I już.
Ludzkim głosem...
Witam wszystkich!!!
Zaczynam blogowanie na tematy społeczne na blogger.com. Na początku przenoszę moje wpisy z mojego dawnego blogu na Onecie, jako, że zakończyłem współpracę z tamtym serwisem. Mam nadzieję, że uda mi się tutaj zdobyć popularność. Postaram się blogować regularnie, co nie udawało mi się w poprzednim serwisie ze względu na nawał obowiązków zawodowych.
Nowych czytelników zachęcam do lektury poprzednich wpisów. Być może nie są zbyt aktualne, ale pozwolą sobie wyrobić zdanie na temat mojego światopoglądu a co za tym idzie, czy warto tu zaglądać. Mam nadzieję, że tak :-). Nowe wpisy pojawią się wkrótce.
Zaczynam blogowanie na tematy społeczne na blogger.com. Na początku przenoszę moje wpisy z mojego dawnego blogu na Onecie, jako, że zakończyłem współpracę z tamtym serwisem. Mam nadzieję, że uda mi się tutaj zdobyć popularność. Postaram się blogować regularnie, co nie udawało mi się w poprzednim serwisie ze względu na nawał obowiązków zawodowych.
Nowych czytelników zachęcam do lektury poprzednich wpisów. Być może nie są zbyt aktualne, ale pozwolą sobie wyrobić zdanie na temat mojego światopoglądu a co za tym idzie, czy warto tu zaglądać. Mam nadzieję, że tak :-). Nowe wpisy pojawią się wkrótce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)