Mówią, że ryba psuje się od głowy i coś w tym jest. W Polsce głowa jest już w stanie daleko posuniętego rozkładu o czym świadczy szopka smoleńska.
O tym, jak będzie wyglądał raport MAK można było się domyślić już w momencie gry rządy Polski i Rosji porozumiały się co do uznania Konwencji Chicagowskiej za podstawę prawną do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Konwencja Chicagowska ma tą zaletę, że jej treść jest publicznie dostępna. Jej artykuł 3 podpunkt a stanowi na ten przykład jak byk:
"Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś
do statków powietrznych państwowych."
Uznanie jej zatem jako podstawy prawnej do badania wojskowego samolotu państwowego powinno znaleźć się wysoko w rankingu kreatywnej interpretacji aktów prawnych.
Niestety, nigdzie nie mogę znaleźć treści polsko-rosyjskiego porozumienia z 7 lipca 1993 roku, które powinno być bardziej odpowiednie jako podstawa prawna dla badania katastrofy samolotu państwowego. Przetrząsnąłem dzienniki urzędowe i nic. Oczywiście, nie dopuszczam do siebie myśli, że tego dokumentu nie ma tam w wyniku zamierzonego działania. Zapewne ja nie jestem w stanie go znaleźć, lub nie ma go tam przez przypadek.
Zastanawiam się tylko, czy święte oburzenie pana premiera Tuska to efekt jego głupoty, gdyż nie był w stanie przewidzieć jak historia z raportem MAK się skończy, czy też efekt kolejnej cynicznej gry mającej na celu podbicie słupków sondażowych.
W zasadzie ustalenia MAK w kwestii organizacji wizyty prezydenta, lotu, bałaganu organizacyjnego w pułku itd., nawet jeśli są niepełne, powinny już w tej postaci poskutkować podaniem się rządu, który za to wszystko odpowiada, do dymisji. Chyba nikt nie wątpi, że za stan pułku odpowiada MON a za organizację wizyt MSZ. Święte oburzenie zatem pełni dwie funkcje. Po pierwsze, stwarza pozory sprzeciwu państwa polskiego wobec przesądzonego już kształtu raportu MAK. Po drugie, odrywa publikę od spraw naprawdę istotnych a taką jest kryzys finansów państwa polskiego.
Niestety, już nawet takiemu szpecowi od kreatywnej księgowości jak pan magister minister Rostowski, trudno już maskować faktyczny rozmiar długu i deficytu. Wprawdzie pan magister minister zapewnia, że w przyszłym roku będzie lepiej a za dwa lata to już w ogóle full wypas, ale wszyscy pamiętamy chyba ile słowa pana magistra ministra znaczą. Miał on zawsze tendencje do zaniżani powagi sytuacji w kwestiach finansów państwa i to się raczej nie zmieniło.
Zatem my tu gadu-gadu o tupolewach a bankructwo państwa zbliża się wielkimi krokami. Na szczęście tym bankructwem to chyba nikt się specjalnie nie przejmie, bo kto by się tam przejmował bankructwem państwa, które nie potrafi nawet wyjaśnić przyczyny śmierci swojego prezydenta. Po prostu, wierzyciele wezmą sobie swój dług w naturze odłączając po kawałku polskie terytoria i zostaniemy gdzieś tak w granicach Kraju Nadwiślańskiego, który i tak pewnie dosyć szybko stanie się czyimś państwem satelickim. A czyim? To już nawet nie będzie od nas zależeć.
niedziela, 16 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz