Motto

Wyjaśnienia powinny być tak proste jak jest to możliwe, ale nie prostsze.
Albert Einstein

czwartek, 25 marca 2010

O jabłkach i nowoczesności

03 września 2009


Pamiętam, jak będąc jeszcze w szkole podstawowej, mama przed wyjściem szykowała mi kanapki. Zawsze dorzucała do nich jabłko, gruszkę czy jakiś inny owoc, akurat dostępny na rynku, czasem marchewkę (nb. której przynależność do kategorii warzywa lub owoce na terenie Unii Europejskiej nie jest taka oczywista jakby się wydawało). Podobny zestaw przynosiła do szkoły większość moich koleżanek i kolegów "z ławki". Z czasem, gdyż część czasu mojej edukacji przypadała na lata tzw. komuny, pojawiły się pomarańcze, banany, mandarynki. Nigdy mi jednak nawet przez myśl nie przyszło, by rzecz tak oczywista mogła być przedmiotem problemów urzędowych, politycznych, edukacyjnych, organizacyjnych i kto wie jakich jeszcze, wysokiego i niskiego szczebla. Po prostu, na jednej przerwie jadło się kanapki, na innej jabłko i do obiadu się przetrwało.
Jadąc ostatnio do pracy, usłyszałem w wiadomościach jednej ze stacji radiowych o polskich problemach unijnego programu "Owoce w szkole". Sam fakt istnienia takiego programu budzi we mnie niemałe zdziwienie, gdyż zawsze mi się wydawało, że dla przeciętnego obywatela wycieczka na rynek lub do warzywniaka i zakup kilograma jabłek nie stanowi większego problemu a jabłko nie dociąża tornistra w istotny sposób. No ale okazuje się, że tak było w socjalistycznym PRL. W "nowoczesnym" państwie zrzeszonym w Unii Europejskiej robi się to inaczej. Najpierw musi odbyć się debata na wysokim szczeblu Parlamentu Europejskiego, gdzie szanowne panie europosłanki i szanowni panowie europosłowie problem muszą omówić, oczywiście inkasując za to "trochę" grosza i ustalić, że dzieci w szkole powinny jeść owoce. Taka jakby we wszystkich krajach Unii dzieci miały takie samo zapotrzebowanie pokarmowe na owoce, które oczywiście jest niezależne od klimatu, uwarunkowań genetycznych i trybu życia (nb. w Grenlandii Eskimosi przez wieki nie jadali żadnych owoców, bo niby skąd, i jakoś przeżywali). Potem sprawa musi przejść zapewne przez parę innych unijnych instytucji, poleżeć u każdego urzędnika trochę na biurku, oczywiście każdy z nich zainkasuje za to "trochę" grosza. W końcu zajmują się nią władze państwowe, które stwierdzają, że dzieci w szkole powinny jeść owoce i ponieważ ci straszni rodzice tylko im wpychają chipsy i colę to państwo musi im te owoce do szkoły dostarczyć.
W ogóle tak się jakoś w tej naszej Unii utarło, że rodzice to tylko dzieci katują, gwałcą, dręczą psychicznie, topią, mordują i kiszą w beczkach po kapuście a jeżeli tego nie robią, to na pewno są albo za starzy, albo za biedni, albo mają zbyt brudno w domu, by je wychowywać. Wyjątkiem są oczywiście "rodzice" homoseksualni, którzy o dzieci się troszczą jak nikt inny. No ale skoro "rodziców" homoseksualnych jest zbyt mało, by mogli się zająć wszystkimi dziećmi, bo nawet według mocno zawyżonych szacunków rozmaitych organizacji homoseksualnych, homoseksualistów jest tylko ok. 10%, to państwo musi ze swojej strony zapewnić opiekę tym biednym dzieciom i do tego celu powołuje tzw. pracowników socjalnych, których zadaniem jest chronić biedne dzieci, przed okrucieństwem rodziców i w skrajnych przypadkach, takich jak np. bałagan w domu, im je odbierać.
Wracając do tematu, oczywiście dzieciom trzeba dostarczyć owoce do szkoły. W tym celu należy oczywiście powołać do tego urzędników. I dalej się zaczynają schody. Jak usłyszałem w radiu, problemem jest w naszym kraju znalezienie dostawców jabłek. Wiadomo, przecież że u nas nie rosną. Jeżeli już jednak tych dostawców znajdziemy, to dyrektorzy szkół zwrócili uwagę na kwestię przechowywania tych owoców w szkołach. Nie każda ma gdzie. Za PRL w mojej szkole funkcjonowała stołówka, z której korzystałem, czasem nam też dorzucali jabłko jako bonus do obiadu i jakoś było gdzie te jabłka trzymać. Do sprawy, a jakże, wtrącił się też sanepid, który będzie przecież kontrolował czy jabłka są przechowywane w odpowiednich warunkach. No i problem. Oczywiście archaiczne rozwiązania z poprzedniej epoki są niedopuszczalne. Rodzice na pewno żałują swoim dzieciom na jabłka, a jeśli już kupią, to na pewno nie będą chodzili w tą i z powrotem po rynku by wybrać najładniejsze tylko kupią najgorsze "psiary". Co innego dostawcy do szkół, oni przywiozą na pewno najdorodniejsze sztuki, "psiary" wioząc na rynek, gdzie kupują rodzice, nie patrząc co.
No i tak nam życie płynie w tym naszym nowoczesnym, wolnym państwie. Czasem cena postępu jest spora i musimy włożyć wiele wysiłku by osiągnąć odpowiedni poziom rozwoju cywilizacyjnego. A żyjąc w zacofaniu, gdzie każdy nosił jabłka do szkoły w tornistrze, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owoce w szkole to wcale nie jest tak prosta sprawa, jak nam się wydawało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz